Serdecznie dziękuję tym którzy czytali moje opowiadanie i dawali weny do pisania.Dziękuję mojej przyjaciółce,że pomogła mi uwierzyć w siebie.To dzięki niej teraz pisze opowiadania.Mamie,tacie też bardzo dziękuję,za to,że wierzyli we mnie kiedy pisałam tą historie.Nie które rzeczy z tej opowieści były wyjęte z mojego codziennego życia.Za nie długo pojawi się nowe opowiadanie przewiduje,że będzie o tańcu,miłości,długach nie mówię więcej bo powiem za dużo i nie będzie niespodzianki! :D Klaudia. niedziela, 7 grudnia 2014
PODZIĘKOWANIE
Serdecznie dziękuję tym którzy czytali moje opowiadanie i dawali weny do pisania.Dziękuję mojej przyjaciółce,że pomogła mi uwierzyć w siebie.To dzięki niej teraz pisze opowiadania.Mamie,tacie też bardzo dziękuję,za to,że wierzyli we mnie kiedy pisałam tą historie.Nie które rzeczy z tej opowieści były wyjęte z mojego codziennego życia.Za nie długo pojawi się nowe opowiadanie przewiduje,że będzie o tańcu,miłości,długach nie mówię więcej bo powiem za dużo i nie będzie niespodzianki! :D Klaudia.
Serdecznie dziękuję tym którzy czytali moje opowiadanie i dawali weny do pisania.Dziękuję mojej przyjaciółce,że pomogła mi uwierzyć w siebie.To dzięki niej teraz pisze opowiadania.Mamie,tacie też bardzo dziękuję,za to,że wierzyli we mnie kiedy pisałam tą historie.Nie które rzeczy z tej opowieści były wyjęte z mojego codziennego życia.Za nie długo pojawi się nowe opowiadanie przewiduje,że będzie o tańcu,miłości,długach nie mówię więcej bo powiem za dużo i nie będzie niespodzianki! :D Klaudia.
Rozdział 48
Następnego dnia...Kiedy obudziłam się na krzesełku w poczekalni nikogo nie widziałam.Pomyślałam:Pewnie poszli w odwiedziny do Dylana.
Zeszłam z krzesełka i pokierowałam się w stronę pokoju gdzie leżał mój przyjaciel...Idąc,myślałam,że dziś będzie jak dawniej Dyl wróci z nami do domu,ale z tym pomysłem trzeba było czekać do p o ł u d n i a bo wtedy mieli go wybudzić ze śpiączki.Doszłam...do okna i popatrzyłam jak rodzice Dylana troszczą się o niego.Szkoda mi ich,żeby dowiedzieć się,że syn umiera coś okropnego podziwiam mamę Dyla że jeszcze jakoś daje sobie radę i się trzyma.Tatę oczywiście też...
Godzina 13:00
Poczekalnia:Właśnie czekamy na lekarza wszystko teraz zależy od wyników.Mam nadzieje,że jeszcze dziś Dylan pojedzie z nami do domu z tego szaro-burego szpitala.Już widać lekarza coś mu się przedłużyło ale nie ważne,ważne jest teraz to co dalej będzie z moim przyjacielem.Kiedy lekarz podchodzi my wstajemy tak jakby w zmowie razem.Mówiąc:
-Dzień dobry jak z Dylanem?
-Witam z państwa synem jest już lepiej oddycha sam to dobry znak-powiedział profesor
-Na prawdę?! A mogę iść się z nim spotkać?-zapytałam
-Dobrze ale tylko 10 minut więcej nie
-Dziękuję-powiedziałam biegnąc do sali.
Kiedy doszłam weszłam po cichutku do niego i usiadłam na krzesełku nawet nie zdążyłam nic powiedzieć,bo usłyszałam:
-Cześć Lucy
-Na prawdę oddychasz już sam boże wiesz jak się martwiłam...
-Przepraszam,że cię wystraszyłem
-Nie ważne,wiesz byłam wczoraj u ciebie w nocy dobrze,że nikt mnie nie przyłapał bo bym odpowiadała za to karnie-roześmiałam się
-Ty...łobuz z ciebie-powiedział łapiąc mnie za rękę
-Mam nadzieje,że dziś wyjdziemy już razem ze szpitala.I będzie jak dawniej
-To mniej taką nadzieje może się tak stanie-uśmiechnął się lekko
Siedząc tak w ciszy moim uszom rozległ się pisk tych wszystkich narzędzi wokół chłopaka od razu szybko pobiegłam zawołać pielęgniarki i lekarza.Weszli jak najszybciej i wyprosili mnie z sali
- Puls Dylana jest za szybki ma coś z sercem-tylko to udało mi się usłyszeć zaczęłam płakać bałam się,jednego,że go stracę nie zdążyłam się z nim pożegnać więc nie może być tak,że umrze.Błagam teraz Boga o to,żeby dał mu zdrowie...Po kilku minutach lekarz wyszedł i ustał na przeciwko mnie.Mówiąc:
-Mamy przykrą wiadomość.Robiliśmy to co się dało ale twój przyjaciel nie żyje... Nie dało się go uratować.
-Co?!-wstałam gwałtownie z krzesełka wchodząc do sali gdzie leżał Dylan.
Każdy kto koło mnie był krzyczał,żebym stąd wyszła bo nie można teraz tu wchodzić,a ja miałam ich gdzieś.Dochodząc do Dylana złapałam go za rękę która nie byłą już taka sama jak trzydzieści minut temu była teraz cała zimna.Jego serce ustało.Dopiero teraz zrozumiałam,że on nie żyje...Ja naprawdę chcę się z tego obudzić nie chcę już dłużej być w tym nienormalnym śnie.
-To nie sen kochanie-usłyszałam zza pleców
Odwracając się zauważyłam mamę chłopaka płaczącą razem ze mną...
-Proszę pani on umarł?!
-Tak.
-Ale to nie możliwe nie minęło 5 dni
-Kochanie wiesz kto to wcześniak?
-Tak wiem to ten który za wcześnie się urodził
-No więc masz odpowiedź nikt nie wyznaczy daty śmierci ani też urodzenia.Tak jest w życiu.I nic tego nie zmieni każdy by mógł teraz umrzeć nic nie przewidzisz skarbie
Ja...ja już nic nie mówiąc przytuliłam mamę Dylana.Która też płakała razem ze mną ale próbowała mnie pocieszać.
-Miała pani naprawdę dobrego i kochanego syna.

*2 dni później*
Właśnie ubieram się do kościoła na pogrzeb mojego przyjaciela i znów będę musiał mówić przemowę.I znów będę płakała.Ale pewnie nie tylko ja inni też.Ubrałam się w czarną sukienkę z białymi paskami,buty na niskim obcasie.Do tego miałam rozpuszczone włosy i usta pomalowane błyszczykiem.Kiedy byłam już gotowa zeszłam na dół czekając na panią i pana Evans.Będąc już wszyscy razem wyszliśmy z domu idąc do kościoła....Wiele samochodów,mnóstwo ludzi zebrało się na pogrzeb Dylana.Których nie znałam.Może jest obok mnie jakiś kolega który prowadził bójkę z Dylem,a może jest przyjaciel który był zawsze z moim przyjacielem w trudnych chwilach.Myślałam.Ale teraz to nie było najważniejsze.Weszliśmy do kościoła.I usiedliśmy na drugiej ławce od początku.
-Zaraz będziesz mówiła-usłyszałam szeptanie
-Wiem ale mam tremę tyle tu ludzi i wszyscy się patrzą.
-Dasz radę zrób to dla naszego syna.Dobrze?
-Dobrze.-zastanawiałam się czemu ja zawsze wygłaszam mowy pierwsza.Może tak już będzie zawsze właśnie muszę już tam ustać i mówić.Z tej kartki którą pisałam wczoraj.Wstając poczułam lęk ale nie pod dałam się i poszłam.Postanowiłam mówić,sama bez tego kawałka papieru.Więc zaczęłam:
Dzień dobry jak nie którzy wiedzą byłam przyjaciółką Dylana.Miałam nie płakać na jego pogrzebie bo powiedział mi,że zawsze ze mną będzie i mnie nie zostawi ale chyba się tak nie da.Chciała,powiedzieć,że to na prawdę niesamowity chłopak jego rodzice mieli ogromne szczęście,że go mieli.Zazdroszczę tym ludziom którzy znają Dyla od dzieciństwa.Ja znałam go zaledwie tydzień a tak bardzo się do niego przywiązała jakbym znała go całe życie...To chyba na tyle.Dylan na górze może ma lepszy świat.Kto wie?Nikt więc musimy się cieszyć,że znaliśmy tego chłopaka.Dziękuję..
Po skończeniu mojej przemowy ksiądz dopowiedział słowa: Odszedł w świat nie zapomniany wkroczył w piękne polany.I jak to powiedział przyjaciółka chłopca może ma tam lepszy świat.
Skończyła się msza teraz wszyscy idziemy pochować trumnę z ciałem Dyla.Nie da się nie płakać.Bo każdy ma już szklane oczy...Ksiądz mówi modlitwę a my razem z nim po tym wydarzeniu chowają Dylana.A ja miał mu tyle do powiedzenia.Wszyscy wrzucają róże na dół podchodząc i mówiąc coś pod nosem a ja...ja nie mam róży ja mam coś cenniejszego.List w którym napisałam wszystko czego nie zdążyłam mu powiedzieć tu na ziemi.Po dwóch godzinach idziemy do domu jeszcze nic nie mówiłam państwu Evans ale wyjeżdżam dziś z Francji mam już spakowaną walizkę lot do Los Angeles za jakieś 30 minut.Więc chyba trzeba w końcu im powiedzieć:
-Mam coś wam do powiedzenia...
-Słuchamy?-powiedział tata Dyla
-Przepraszam,że teraz to mówię ale za 30 minut mam lot do Los Angeles lecę do domu.Nie chcę tu mieszkać po tym co się stało bo ciągle bym przypominała sobie Dyla.
-Kochanie,naprawdę tego chcesz?-zapytała pani.Evans ze smutkiem
-Tak naprawdę...
-To może ja cię zawiozę na lotnisko?
-Nie pojadę autobusem.Nie będę robić kłopotu.
-Jejku jedno dziecko odeszło teraz ty Lucy pamiętaj jak czegoś będziesz potrzebować wiesz,gdzie nas szukać przywiązaliśmy się do ciebie jakbyś była naszą córką
-Dziękuję za troskę na prawdę będę za wami tęsknić ale postanowiłam wrócić do domu.-powiedziałam przytulając obydwojga rodziców.
-To ja już pójdę do zobaczenia...
-Do zobaczenia-usłyszałam po cichu
Wychodząc z domu poczułam smutek miałam jeszcze trzydzieści minut więc szłam sobie powoli myśląc:Tyle wspomnień z Dylanem,a tylko tydzień się znaliśmy jak ja za nim tęsknię,po prostu nie rozumiem tego,że on odszedł i moi rodzice i wszyscy na których mi zależało najbardziej.Teraz kiedy wrócę do domu zacznę może żyć od nowa,a może zamknę się w sobie i nie będę już tą dziewczyną którą byłam przed śmiercią bliskich?Nic nie wiadomo,wiem tylko jedno...Że kocham Dylana i moich rodziców i myślę,że kiedyś z nimi się spotkam...Moja historia nie kończy się jak w bajce czyli:ŻYLI SOBIE DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE KONIEC.Nie moja historia jest beznadziejna.I żyła samotnie i beznadziejnie K O N I E C...
Następnego dnia...Kiedy obudziłam się na krzesełku w poczekalni nikogo nie widziałam.Pomyślałam:Pewnie poszli w odwiedziny do Dylana.
Zeszłam z krzesełka i pokierowałam się w stronę pokoju gdzie leżał mój przyjaciel...Idąc,myślałam,że dziś będzie jak dawniej Dyl wróci z nami do domu,ale z tym pomysłem trzeba było czekać do p o ł u d n i a bo wtedy mieli go wybudzić ze śpiączki.Doszłam...do okna i popatrzyłam jak rodzice Dylana troszczą się o niego.Szkoda mi ich,żeby dowiedzieć się,że syn umiera coś okropnego podziwiam mamę Dyla że jeszcze jakoś daje sobie radę i się trzyma.Tatę oczywiście też...
Godzina 13:00
Poczekalnia:Właśnie czekamy na lekarza wszystko teraz zależy od wyników.Mam nadzieje,że jeszcze dziś Dylan pojedzie z nami do domu z tego szaro-burego szpitala.Już widać lekarza coś mu się przedłużyło ale nie ważne,ważne jest teraz to co dalej będzie z moim przyjacielem.Kiedy lekarz podchodzi my wstajemy tak jakby w zmowie razem.Mówiąc:
-Dzień dobry jak z Dylanem?-Witam z państwa synem jest już lepiej oddycha sam to dobry znak-powiedział profesor
-Na prawdę?! A mogę iść się z nim spotkać?-zapytałam
-Dobrze ale tylko 10 minut więcej nie
-Dziękuję-powiedziałam biegnąc do sali.
Kiedy doszłam weszłam po cichutku do niego i usiadłam na krzesełku nawet nie zdążyłam nic powiedzieć,bo usłyszałam:
-Cześć Lucy
-Na prawdę oddychasz już sam boże wiesz jak się martwiłam...
-Przepraszam,że cię wystraszyłem
-Nie ważne,wiesz byłam wczoraj u ciebie w nocy dobrze,że nikt mnie nie przyłapał bo bym odpowiadała za to karnie-roześmiałam się
-Ty...łobuz z ciebie-powiedział łapiąc mnie za rękę
-Mam nadzieje,że dziś wyjdziemy już razem ze szpitala.I będzie jak dawniej
-To mniej taką nadzieje może się tak stanie-uśmiechnął się lekko
Siedząc tak w ciszy moim uszom rozległ się pisk tych wszystkich narzędzi wokół chłopaka od razu szybko pobiegłam zawołać pielęgniarki i lekarza.Weszli jak najszybciej i wyprosili mnie z sali
- Puls Dylana jest za szybki ma coś z sercem-tylko to udało mi się usłyszeć zaczęłam płakać bałam się,jednego,że go stracę nie zdążyłam się z nim pożegnać więc nie może być tak,że umrze.Błagam teraz Boga o to,żeby dał mu zdrowie...Po kilku minutach lekarz wyszedł i ustał na przeciwko mnie.Mówiąc:
-Mamy przykrą wiadomość.Robiliśmy to co się dało ale twój przyjaciel nie żyje... Nie dało się go uratować.
-Co?!-wstałam gwałtownie z krzesełka wchodząc do sali gdzie leżał Dylan.
Każdy kto koło mnie był krzyczał,żebym stąd wyszła bo nie można teraz tu wchodzić,a ja miałam ich gdzieś.Dochodząc do Dylana złapałam go za rękę która nie byłą już taka sama jak trzydzieści minut temu była teraz cała zimna.Jego serce ustało.Dopiero teraz zrozumiałam,że on nie żyje...Ja naprawdę chcę się z tego obudzić nie chcę już dłużej być w tym nienormalnym śnie.
-To nie sen kochanie-usłyszałam zza pleców
Odwracając się zauważyłam mamę chłopaka płaczącą razem ze mną...
-Proszę pani on umarł?!
-Tak.
-Ale to nie możliwe nie minęło 5 dni
-Kochanie wiesz kto to wcześniak?
-Tak wiem to ten który za wcześnie się urodził
-No więc masz odpowiedź nikt nie wyznaczy daty śmierci ani też urodzenia.Tak jest w życiu.I nic tego nie zmieni każdy by mógł teraz umrzeć nic nie przewidzisz skarbie
Ja...ja już nic nie mówiąc przytuliłam mamę Dylana.Która też płakała razem ze mną ale próbowała mnie pocieszać.
-Miała pani naprawdę dobrego i kochanego syna.

*2 dni później*
Właśnie ubieram się do kościoła na pogrzeb mojego przyjaciela i znów będę musiał mówić przemowę.I znów będę płakała.Ale pewnie nie tylko ja inni też.Ubrałam się w czarną sukienkę z białymi paskami,buty na niskim obcasie.Do tego miałam rozpuszczone włosy i usta pomalowane błyszczykiem.Kiedy byłam już gotowa zeszłam na dół czekając na panią i pana Evans.Będąc już wszyscy razem wyszliśmy z domu idąc do kościoła....Wiele samochodów,mnóstwo ludzi zebrało się na pogrzeb Dylana.Których nie znałam.Może jest obok mnie jakiś kolega który prowadził bójkę z Dylem,a może jest przyjaciel który był zawsze z moim przyjacielem w trudnych chwilach.Myślałam.Ale teraz to nie było najważniejsze.Weszliśmy do kościoła.I usiedliśmy na drugiej ławce od początku.
-Zaraz będziesz mówiła-usłyszałam szeptanie
-Wiem ale mam tremę tyle tu ludzi i wszyscy się patrzą.
-Dasz radę zrób to dla naszego syna.Dobrze?
-Dobrze.-zastanawiałam się czemu ja zawsze wygłaszam mowy pierwsza.Może tak już będzie zawsze właśnie muszę już tam ustać i mówić.Z tej kartki którą pisałam wczoraj.Wstając poczułam lęk ale nie pod dałam się i poszłam.Postanowiłam mówić,sama bez tego kawałka papieru.Więc zaczęłam:
Dzień dobry jak nie którzy wiedzą byłam przyjaciółką Dylana.Miałam nie płakać na jego pogrzebie bo powiedział mi,że zawsze ze mną będzie i mnie nie zostawi ale chyba się tak nie da.Chciała,powiedzieć,że to na prawdę niesamowity chłopak jego rodzice mieli ogromne szczęście,że go mieli.Zazdroszczę tym ludziom którzy znają Dyla od dzieciństwa.Ja znałam go zaledwie tydzień a tak bardzo się do niego przywiązała jakbym znała go całe życie...To chyba na tyle.Dylan na górze może ma lepszy świat.Kto wie?Nikt więc musimy się cieszyć,że znaliśmy tego chłopaka.Dziękuję..
Po skończeniu mojej przemowy ksiądz dopowiedział słowa: Odszedł w świat nie zapomniany wkroczył w piękne polany.I jak to powiedział przyjaciółka chłopca może ma tam lepszy świat.
Skończyła się msza teraz wszyscy idziemy pochować trumnę z ciałem Dyla.Nie da się nie płakać.Bo każdy ma już szklane oczy...Ksiądz mówi modlitwę a my razem z nim po tym wydarzeniu chowają Dylana.A ja miał mu tyle do powiedzenia.Wszyscy wrzucają róże na dół podchodząc i mówiąc coś pod nosem a ja...ja nie mam róży ja mam coś cenniejszego.List w którym napisałam wszystko czego nie zdążyłam mu powiedzieć tu na ziemi.Po dwóch godzinach idziemy do domu jeszcze nic nie mówiłam państwu Evans ale wyjeżdżam dziś z Francji mam już spakowaną walizkę lot do Los Angeles za jakieś 30 minut.Więc chyba trzeba w końcu im powiedzieć:
-Mam coś wam do powiedzenia...
-Słuchamy?-powiedział tata Dyla
-Przepraszam,że teraz to mówię ale za 30 minut mam lot do Los Angeles lecę do domu.Nie chcę tu mieszkać po tym co się stało bo ciągle bym przypominała sobie Dyla.-Kochanie,naprawdę tego chcesz?-zapytała pani.Evans ze smutkiem
-Tak naprawdę...
-To może ja cię zawiozę na lotnisko?
-Nie pojadę autobusem.Nie będę robić kłopotu.
-Jejku jedno dziecko odeszło teraz ty Lucy pamiętaj jak czegoś będziesz potrzebować wiesz,gdzie nas szukać przywiązaliśmy się do ciebie jakbyś była naszą córką
-Dziękuję za troskę na prawdę będę za wami tęsknić ale postanowiłam wrócić do domu.-powiedziałam przytulając obydwojga rodziców.
-To ja już pójdę do zobaczenia...
-Do zobaczenia-usłyszałam po cichu
Wychodząc z domu poczułam smutek miałam jeszcze trzydzieści minut więc szłam sobie powoli myśląc:Tyle wspomnień z Dylanem,a tylko tydzień się znaliśmy jak ja za nim tęsknię,po prostu nie rozumiem tego,że on odszedł i moi rodzice i wszyscy na których mi zależało najbardziej.Teraz kiedy wrócę do domu zacznę może żyć od nowa,a może zamknę się w sobie i nie będę już tą dziewczyną którą byłam przed śmiercią bliskich?Nic nie wiadomo,wiem tylko jedno...Że kocham Dylana i moich rodziców i myślę,że kiedyś z nimi się spotkam...Moja historia nie kończy się jak w bajce czyli:ŻYLI SOBIE DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE KONIEC.Nie moja historia jest beznadziejna.I żyła samotnie i beznadziejnie K O N I E C...
sobota, 6 grudnia 2014
Nie chciałam pokazywać,że płaczę ale się nie udało łzy lały się z moich oczu jak najęte.Pomyślałam:Mój przyjaciel odchodzi?Czy po prostu to atak duszności który zaraz przejdzie.
********************************************************************************
Rozdział 47
Kiedy karetka przyjechała pod dom,lekarze z niej szybko wyszli i skierowali się do pokoju Dylana żeby zabrać go do szpitala.Rodzice przyjaciela szykowali się do wyjścia żeby pojechać za karetką samochodem...Więc zapytałam:
-Mogę jechać z wami? -Tak słońce-odpowiedziała mama Dyla
-Dziękuję to pójdę szybko wziąć kurtkę...
-Dobrze.Czekamy w samochodzie
Wchodząc do pokoju otworzyłam szafę i wzięłam kurtkę założyłam swoje trampki i pobiegłam do auta.Wsiadając westchnęłam:Myślałam,że to nie dzieje się na prawdę ale niestety tak było....
Docierając do szpitala wyszłam szybko z samochodu kierując się nad oddział gdzie wzięli Dylana.Patrzyłam co oni mu robili.To było straszne:Podłączanie kroplówki,wkładanie jakiejś rurki do gardła.Co mnie dziwiło,że za mojego przyjaciela oddycha jakaś gruszka.
-Boże dlaczego mu się to przytrafiło i z jakiego powodu-krzyknęłam siadając na krzesełku w poczekalni.W pewnej chwili przypomniało mi się,że dziś wieczorem Dyl opowiadał mi o tej bójce powiedział,że wyszedł z niej cało ale...ale nie widać tego może dostała w brzuch albo w głowę?Chyba powiem to to jego rodzicom.Zerwałam się z krzesełka i poszłam w stronę mamy i taty Dyla.Kiedy byłam już centymetr od nich zaczęłam mówić...
-DYLAN NIC WAM NIE POWIEDZIAŁ,ŻEBYŚCIE SIĘ NIE MARTWILI ALE ON DZIŚ WIECZOREM POWIEDZIAŁ MI O BÓJCE.ON BRAŁ W NIEJ UDZIAŁ,GADAŁ ŻE WYSZEDŁ Z TEGO CAŁO ALE JA JAKOŚ W TO NIE WIERZE.
-O mój boże!-powiedziała z przerażeniem mama
-Przepraszam,że nic nie powiedziałam wcześniej ale Dyl kazał mi nikomu nic nie mówić...I wpadłam na to,że może przez tą bójkę on zaczął się dusić w nocy...
-Masz racje trzeba zapytać się lekarzy czy ma to coś wspólnego z tą utratą oddechu-wtrącił ojciec mojego przyjaciela.Więc postanowiliśmy iść do gabinetu lekarskiego i zapytać.Kiedy doszliśmy zapukałam jeden raz aż drzwi się otworzyły.Pan.Evans wpadł i zaczął gwałtownie pytać:
-Panie doktorze jeżeli mój syn przeprowadzał dziś po południu bójkę i gdzieś go uderzono może to być przyczyną duszności czy nie?-Panie.Evans a dokładniej gdzie został uderzony?-zapytał zdejmując okulary z nosa.
-Właśnie nie wiem jego przyjaciółka nam teraz powiedziała ale ona też nic nie wie bo on powiedział,że wyszedł z tego cało i nic mu nie jest....
-Aha jak Dylan się obudzi porozmawiam z nim może coś mi powie...
-Dobrze dziękujemy bardzo-powiedziałam z lekką niepewnością i wyszłam.Wzdychając szłam przez długi korytarz pełen lekarzy i pielęgniarek miałam nadzieje,że znajdę salę w której leży Dylan chciała go zobaczyć bo do tej pory nikt nie chciała nam powiedzieć gdzie on leży.Wszystko wydawało się takie czarno-białe,jakby straciło kolory,jakby cały świat zaraz miał się skończyć...Padający deszcz za oknem szpitalnym wydawał się teraz taki ponury.Kiedyś kochałam patrzeć na spadające kropelki z nieba,a teraz wszystko straciło tak jakby barwy.Patrząc na ten mroczny korytarz zdałam sobie sprawę,że nie będzie łatwo znaleźć Dyla,ale nie poddawałam się i szukałam dalej kiedy poszłam do końca.Zobaczyłam,właśnie go leżał nieruchomy.Miał tyle rurek w okół siebie,że nie dało się zliczy,nawet samodzielnie nie oddychał nie mogłam tak na niego patrzeć zza szyby więc niestety złamałam przepisy i weszłam nie zdając sobie sprawy,że mogę potem za to karnie odpowiadać.Nic a nic nie obchodziło mnie tylko on.Chciałam tylko jednego,żeby się obudził iii uśmiechnął się do mnie.Chciałam go przytulić ale nie potrafiłam boo te wszystkie kabelki i inne rzeczy mi bardzo przeszkadzały.Więc złapałam go za rękę mówiąc:Jeżeli mnie słyszysz daj znać jeżeli nie to pamiętaj nie opuszczę cię zawsze będziesz w moim sercu.Pamiętaj to...Teraz muszę już ci to powiedzieć bo nie dam rady dłużej:Jesteś najlepszym chłopakiem jakiego znam Kocham Cię.Bardzo chciałbym,żebyś to usłyszał kiedy będziesz przytomny.Ale chyba nie ma jeszcze takiej opcji.Lekarze mówią,że wybudzisz się ze śpiączki najwcześniej jutro po południu tylko obiecaj mi,że się tak stanie,że będziesz jeszcze ze mną,że mnie nie opuścisz tak szybko..Dobrze?
Po skończeniu tego co powiedziałam wstałam po cichu z krzesełka i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.Na koniec popatrzyłam zza ramienia na Dylana.Mając nadzieje,że jutro będzie już lepiej,a Dyl się wybudzi.I nie skończy tak wcześnie swojego życia na ziemi.czwartek, 4 grudnia 2014
Rozdział 46...
Wstać czy nie wstać?Iść do Dyla czy nie iść?Mam tle pytań w głowie,że wszystko mi się przewraca.Ale muszę się dowiedzieć jak zareagowali rodzice dowiadując się o chorobie syna..Wychodząc z pokoju nic nie było słychać,schodziłam powoli i spokojnie.Nie wiedziałam czy coś się stało czy po prostu wszyscy gdzieś wyszli.Kiedy weszłam do salonu mama i tata Dyla byli przerażeni,mama siedziała na kanapie z chusteczkami płacząc.Pan Evans próbował ją pocieszać ale nie dało rady,sam był przygnębiony tym co przed chwilą usłyszał ale nie pokazywał tego,żeby nie pogorszyć sprawy z mamą mojego przyjaciela.Brakowało mi tylko w salonie Dylana...Postanowiłam go poszukać.Zaczęłam od góry,zjeżdżając na dół...Nigdzie go nie zastałam.Więc wyszłam na dwór kierując się za dom też go nie było!Już nie miałam pomysłów,aż pomyślałam logicznie: Przecież mógł wyjść gdzieś na spacer.Żeby pobyć w samotności.Nie miałam zamiaru go śledzić więc postanowiłam wrócić do domu i pomóc w tej trudniej sytuacji dla rodziców Dyla.Weszłam do pokoju i usiadłam obok pani Evans.Kładąc rękę na jej ramię i uśmiechnęłam się nie pewnie...Aż usłyszałam:
-Kochanie wiesz chciałam ci podziękować za to,że byłaś z moim synem kiedy potrzebował kogoś obok siebie...Na prawdę jesteś niesamowitą dziewczyną.
-Dziękuję pani bardzo,wie pani.Dylan to na prawdę wspaniały przyjaciel.On zamienił moje życie na lepsze.Kiedy moi rodzice odeszli byłam taka przygnębiona.Ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pani syna.To on poprawiał mi humor kiedy byłam smutna,to on był ze mną jak cierpiałam.
-Wiesz skarbie ile on nam o tobie opowiadał co drugie jego słowo jest Lucy jest taka ,Lucy jest taka.
-Na prawdę-roześmiałam się
-Tak,,,Żałujemy z tatą Dylana,że oddaliśmy go do domu opieki.
-Nie obwiniajcie się po prostu tak jest w życiu raz pod górkę,a raz z górki.Nikt nie ustawi życia tak jak chcemy.
-Masz racje,ale to trudne stracić syna
-Wiem współczuje pani i panu ale ja też go bardzo kocham i trudno będzie się z nim rozstać na zawsze.Ale musimy dać radę...
-No tak masz racje-uśmiechnęła się do mnie
Ja odwzajemniłam uśmiech i wstałam kierując się do pokoju.Wchodząc na górę usłyszałam głośny huk zamykanych drzwi...Z ciekawości poszłam zobaczyć kto przyszedł okazało się.że to Dylan.W podskokach zeszłam ze schodów biegnąc w ramiona przyjaciela.Ale on nie był z niczego zadowolony odsunął się o de mnie z metr i poszedł do swojego pokoju zamykając drzwi bardzo głośno.A ja...ja stałam jak głupia wariatka.Czułam się upokorzona.Nigdy wcześniej Dylan nie postąpił tak ze mną.Postanowiłam iść do niego i porozmawiać.Zapukałam raz..i drugi nic nie usłyszałam.To zapukałam trzeci,aż wreszcie drzwi zostały otworzone.Dylan zdenerwowany zapytał:
-Czego chcesz?!
-Chciałam porozmawiać ale jak widzę ja coś zrobiłam więc idę!
-To idź!
-DOBRZE !
Wyszłam wkurzona i zdołowana weszłam do pokoju i położyłam się na łóżko.Nie wiedziałam,czy to moja wina,że Dylan tak postępuje czy coś się stało na spacerze...
*Godzinę później*
Czytając książkę rozległ się dźwięk pukania do drzwi.Odłożyłam książkę na bok i powiedziałam:
-Proszę...
Kiedy drzwi zostały otwarte zobaczyłam Dyla który stał jak niewiniątko w drzwiach.Więc zapytałam:
-Słucham?
-Chciałem porozmawiać
-Teraz?!-wstałam nie dowierzając
-Tak....
-Ale kiedy ja chciałam rozmawiać z tobą ty nie chciałeś tylko chamsko wyprosiłeś mnie z pokoju więc chyba nie mamy o czym rozmawiać. Prawda?!
-Nie nie prawda chciałem cię bardzo przeprosić za to ale byłem wściekły nie chciałem cię zranić.Błagam uwierz mi.-powiedział z nadzieją w oczach
-Dobrze.Ale powiedz teraz co się stało?
-Po prostu spotkałem się z dawnymi kumplami ze szkoły kiedy jeszcze tu mieszkałem,a oni zaczęli mnie poniżać,że mam ADHD.Ja się wkurzyłem i dostali ode mnie raz i drugi po mordzie.Potem zaczęła się prawdziwa bójka na szczęście wyszedłem z tego cało.Bez żadnych ran
-Na pewno nic ci się nie stało?Co za dranie
-Na prawdę nic się nie stało...Spokojnie-uśmiechnął się i wtulił mnie do swoich umięśnionych ramion
-To dobrze wiesz jak się martwiłam kiedy wyszedłeś i nie wracałeś..
-Ale jestem więc się nie bój pamiętaj nigdy cię nie zostawię nawet kiedy mnie już tu nie będzie to będę na tamtym świecie czuwał nad tobą.Pilnował cię..Pamiętaj o tym dobrze?
-Dobrze.A teraz kładziemy się spać co nie?Już późno
-Okey śpij dobrze Lucy.
-Nawzajem dobranoc-powiedziałam uśmiechając się do niego.Kiedy mój przyjaciel wyszedł weszłam pod kołdrę zamykając oczy.Od razu zasnęłam...
Obudziły mnie krzyki!!! Zerwałam się przecierając oczy,wyszłam gwałtownie z pokoju,żeby zobaczyć co się dzieje okazało się,że z Dylanem coś się dzieje dusił się nie mógł nic powiedzieć.Podeszłam do niego gładząc go po jego puszystych włosach.W momencie kiedy mama dzwoniła po karetkę ja pocałowałam chłopaka delikatnie w policzek i powiedziałam wszystko będzie dobrze.Nie chciałam pokazywać,że płaczę ale się nie udało łzy lały się z moich oczu jak najęte.Pomyślałam:Mój przyjaciel odchodzi?Czy po prostu to atak duszności który zaraz przejdzie.
Wstać czy nie wstać?Iść do Dyla czy nie iść?Mam tle pytań w głowie,że wszystko mi się przewraca.Ale muszę się dowiedzieć jak zareagowali rodzice dowiadując się o chorobie syna..Wychodząc z pokoju nic nie było słychać,schodziłam powoli i spokojnie.Nie wiedziałam czy coś się stało czy po prostu wszyscy gdzieś wyszli.Kiedy weszłam do salonu mama i tata Dyla byli przerażeni,mama siedziała na kanapie z chusteczkami płacząc.Pan Evans próbował ją pocieszać ale nie dało rady,sam był przygnębiony tym co przed chwilą usłyszał ale nie pokazywał tego,żeby nie pogorszyć sprawy z mamą mojego przyjaciela.Brakowało mi tylko w salonie Dylana...Postanowiłam go poszukać.Zaczęłam od góry,zjeżdżając na dół...Nigdzie go nie zastałam.Więc wyszłam na dwór kierując się za dom też go nie było!Już nie miałam pomysłów,aż pomyślałam logicznie: Przecież mógł wyjść gdzieś na spacer.Żeby pobyć w samotności.Nie miałam zamiaru go śledzić więc postanowiłam wrócić do domu i pomóc w tej trudniej sytuacji dla rodziców Dyla.Weszłam do pokoju i usiadłam obok pani Evans.Kładąc rękę na jej ramię i uśmiechnęłam się nie pewnie...Aż usłyszałam:-Kochanie wiesz chciałam ci podziękować za to,że byłaś z moim synem kiedy potrzebował kogoś obok siebie...Na prawdę jesteś niesamowitą dziewczyną.
-Dziękuję pani bardzo,wie pani.Dylan to na prawdę wspaniały przyjaciel.On zamienił moje życie na lepsze.Kiedy moi rodzice odeszli byłam taka przygnębiona.Ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pani syna.To on poprawiał mi humor kiedy byłam smutna,to on był ze mną jak cierpiałam.
-Wiesz skarbie ile on nam o tobie opowiadał co drugie jego słowo jest Lucy jest taka ,Lucy jest taka.
-Na prawdę-roześmiałam się
-Tak,,,Żałujemy z tatą Dylana,że oddaliśmy go do domu opieki.
-Nie obwiniajcie się po prostu tak jest w życiu raz pod górkę,a raz z górki.Nikt nie ustawi życia tak jak chcemy.
-Masz racje,ale to trudne stracić syna
-Wiem współczuje pani i panu ale ja też go bardzo kocham i trudno będzie się z nim rozstać na zawsze.Ale musimy dać radę...
-No tak masz racje-uśmiechnęła się do mnie
Ja odwzajemniłam uśmiech i wstałam kierując się do pokoju.Wchodząc na górę usłyszałam głośny huk zamykanych drzwi...Z ciekawości poszłam zobaczyć kto przyszedł okazało się.że to Dylan.W podskokach zeszłam ze schodów biegnąc w ramiona przyjaciela.Ale on nie był z niczego zadowolony odsunął się o de mnie z metr i poszedł do swojego pokoju zamykając drzwi bardzo głośno.A ja...ja stałam jak głupia wariatka.Czułam się upokorzona.Nigdy wcześniej Dylan nie postąpił tak ze mną.Postanowiłam iść do niego i porozmawiać.Zapukałam raz..i drugi nic nie usłyszałam.To zapukałam trzeci,aż wreszcie drzwi zostały otworzone.Dylan zdenerwowany zapytał:-Czego chcesz?!
-Chciałam porozmawiać ale jak widzę ja coś zrobiłam więc idę!
-To idź!
-DOBRZE !
Wyszłam wkurzona i zdołowana weszłam do pokoju i położyłam się na łóżko.Nie wiedziałam,czy to moja wina,że Dylan tak postępuje czy coś się stało na spacerze...
*Godzinę później*
Czytając książkę rozległ się dźwięk pukania do drzwi.Odłożyłam książkę na bok i powiedziałam:
-Proszę...
Kiedy drzwi zostały otwarte zobaczyłam Dyla który stał jak niewiniątko w drzwiach.Więc zapytałam:
-Słucham?
-Chciałem porozmawiać
-Teraz?!-wstałam nie dowierzając
-Tak....
-Ale kiedy ja chciałam rozmawiać z tobą ty nie chciałeś tylko chamsko wyprosiłeś mnie z pokoju więc chyba nie mamy o czym rozmawiać. Prawda?!
-Nie nie prawda chciałem cię bardzo przeprosić za to ale byłem wściekły nie chciałem cię zranić.Błagam uwierz mi.-powiedział z nadzieją w oczach
-Dobrze.Ale powiedz teraz co się stało?
-Po prostu spotkałem się z dawnymi kumplami ze szkoły kiedy jeszcze tu mieszkałem,a oni zaczęli mnie poniżać,że mam ADHD.Ja się wkurzyłem i dostali ode mnie raz i drugi po mordzie.Potem zaczęła się prawdziwa bójka na szczęście wyszedłem z tego cało.Bez żadnych ran-Na pewno nic ci się nie stało?Co za dranie
-Na prawdę nic się nie stało...Spokojnie-uśmiechnął się i wtulił mnie do swoich umięśnionych ramion
-To dobrze wiesz jak się martwiłam kiedy wyszedłeś i nie wracałeś..
-Ale jestem więc się nie bój pamiętaj nigdy cię nie zostawię nawet kiedy mnie już tu nie będzie to będę na tamtym świecie czuwał nad tobą.Pilnował cię..Pamiętaj o tym dobrze?
-Dobrze.A teraz kładziemy się spać co nie?Już późno
-Okey śpij dobrze Lucy.
-Nawzajem dobranoc-powiedziałam uśmiechając się do niego.Kiedy mój przyjaciel wyszedł weszłam pod kołdrę zamykając oczy.Od razu zasnęłam...
Obudziły mnie krzyki!!! Zerwałam się przecierając oczy,wyszłam gwałtownie z pokoju,żeby zobaczyć co się dzieje okazało się,że z Dylanem coś się dzieje dusił się nie mógł nic powiedzieć.Podeszłam do niego gładząc go po jego puszystych włosach.W momencie kiedy mama dzwoniła po karetkę ja pocałowałam chłopaka delikatnie w policzek i powiedziałam wszystko będzie dobrze.Nie chciałam pokazywać,że płaczę ale się nie udało łzy lały się z moich oczu jak najęte.Pomyślałam:Mój przyjaciel odchodzi?Czy po prostu to atak duszności który zaraz przejdzie.
niedziela, 30 listopada 2014
Rozdział 45
Zamknąć oczy,pomyśleć o tych dobrych rzeczach.Nie da się tak!Mój przyjaciel jest chory.Odliczają mu dni do rozstania się z tym światem.Bać się,czy tego nie pokazywać i spędzać z nim najlepsze chwile-zadaje sobie to pytanie już 24 godziny,nie wiem czy mam płakać.czy nie pokazywać tego i dalej żyć tak jak żyłam do tej pory.Dlaczego ja muszę zawsze cierpieć na śmierci innych.Jak moich rodziców a teraz Dylana.Musi tak być?Właśnie teraz jedziemy z Dylem na badania do szpitala,mam nadzieje,że jego wyniki nie będą złe...I jego życie nie skończy się tak szybko.
-Lucy?-usłyszałam głos obok mnie
-Tak?
-Martwisz się?
-Bardzo chciałabym,żebyś został.
-Tak jest
-Życie jest niesprawiedliwe!-krzyknęłam
-Spokojnie-Dyl złapał mnie za rękę.
Ja nie miałam już ochoty użalać się nad całym światem tylko spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się delikatnie kładąc głowę na jego ramieniu.Nie byłam w stanie zliczyć moich łez które leciały jedna,po drugiej.
*10 minut później*
Kiedy doszliśmy na miejsce nie chciałam tam wchodzić ale musiałam.Bo wtedy będę wiedzieć co dalej stanie się z Dylanem.Czy będzie jeszcze ze mną czy odejdzie.I nie zostanie po nim śladu.Bardzo się boję.Tego co stanie się jak Dyl przeczyta swoje wyniki.Właśnie czekam cała roztrzęsiona na poczekalni.Patrząc jak te wszystkie pielęgniarki i lekarze chodzą w tą i z powrotem.Myślę,też kto stworzył te wszystkie cholerne choroby.i inne rzeczy na których człowiek bardzo cierpi.Czekając dobre 30 minut w końcu chłopak wyszedł mówiąc:
-Jestem otwieramy wyniki?
-Dobrze,ale poczekaj...powiedziałam przytulając go
-Tak?
-Pamiętaj zawsze cię kochałam
-Ja ciebie też wszystko co będzie na tym kawałku papieru zależy od wszystkiego.
-Wiem to otwieraj
Wzdychając bardzo głęboko przełykając ślinę czułam,że coś między mną a Dylanem jest.Ale teraz myślałam tylko o jednym.Żeby na tej kartce było coś co mogło nas obydwojga pocieszyć.No i teraz zaczęło się mój przyjaciel zaczął czytać dokument:

Dylan Evans
Z wielką przykrością powiadamiamy,że zostało panu tylko 5 dni życia.I to już postanowione mamy nadzieję,że spędzisz je dobrze.Jeżeli masz kogoś bliskiego powiadom go o tym jak najszybciej.
Doktor German.
Słuchając słowa które były w liście od doktora byłam cała w łzach.Wyniki Dylana wskazywały na to co pan German napisała...Nie mogłam się powstrzymać i przytuliłam go jak najmocniej.Mówiąc po cichu:
-Dylan?Nie mogę tego opisać jestem zła ale też smutna.Zła dlatego,że mi nie powiedziałeś od razu a smutna bo odejdziesz za pięć dni.Wiesz o tym,że musisz powiedzieć teraz wszystko rodzicom?
-Wiem właśnie tego się obawiam
-Spokojnie będę z tobą.Ale teraz chodź do domu
-Dobrze-powiedział obejmując mnie i kierując się w stronę wyjścia.
Chciałam żeby te 5 dni zleciały jakoś wspaniale żeby Dylan pozostał w mojej pamięci na zawsze.Jeszcze nie mogłam się obudzić z tamtego dnia kiedy Dyl powiedział że jest chory i umiera.Kochałam go w głębi serca ale nie umiałam mu tego wyznać.Chociaż wiedziałam,że zostało tak mało czasu...Idąc do domu myślałam o tych wszystkich chwilach dobrych i złych.Nie miałam już żalu do mojego przyjaciela za to że mnie porwał tamtego dnia.
*30 minut później*
Kiedy przyszliśmy do domu.W oczach Dylana pojawił się nie pokój,wiedziałam,że się bardzo bał.Ale nie miałam ochoty stać jak ten słup soli i weszłam do środka ciągnąć za rękę Dyla.Przywitałam się szybko z rodzicami chłopaka i wbiegłam na górę zostawiając ich samych...Wchodząc usłyszałam początek rozmowy który brzmiał:
-Mamo,tato przepraszam,że wam nie powiedziałem od razu..ale nie mogłem...
-Czego nam nie powiedziałeś?
Po tamtych słowach zamknęłam drzwi i położyłam się na łóżku jednocześnie płacząc.Nie umiałam się pogodzić z tym,że znów stracę najbliższą mi osobę.
Zamknąć oczy,pomyśleć o tych dobrych rzeczach.Nie da się tak!Mój przyjaciel jest chory.Odliczają mu dni do rozstania się z tym światem.Bać się,czy tego nie pokazywać i spędzać z nim najlepsze chwile-zadaje sobie to pytanie już 24 godziny,nie wiem czy mam płakać.czy nie pokazywać tego i dalej żyć tak jak żyłam do tej pory.Dlaczego ja muszę zawsze cierpieć na śmierci innych.Jak moich rodziców a teraz Dylana.Musi tak być?Właśnie teraz jedziemy z Dylem na badania do szpitala,mam nadzieje,że jego wyniki nie będą złe...I jego życie nie skończy się tak szybko.
-Lucy?-usłyszałam głos obok mnie
-Tak?-Martwisz się?
-Bardzo chciałabym,żebyś został.
-Tak jest
-Życie jest niesprawiedliwe!-krzyknęłam
-Spokojnie-Dyl złapał mnie za rękę.
Ja nie miałam już ochoty użalać się nad całym światem tylko spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się delikatnie kładąc głowę na jego ramieniu.Nie byłam w stanie zliczyć moich łez które leciały jedna,po drugiej.
*10 minut później*
Kiedy doszliśmy na miejsce nie chciałam tam wchodzić ale musiałam.Bo wtedy będę wiedzieć co dalej stanie się z Dylanem.Czy będzie jeszcze ze mną czy odejdzie.I nie zostanie po nim śladu.Bardzo się boję.Tego co stanie się jak Dyl przeczyta swoje wyniki.Właśnie czekam cała roztrzęsiona na poczekalni.Patrząc jak te wszystkie pielęgniarki i lekarze chodzą w tą i z powrotem.Myślę,też kto stworzył te wszystkie cholerne choroby.i inne rzeczy na których człowiek bardzo cierpi.Czekając dobre 30 minut w końcu chłopak wyszedł mówiąc:
-Jestem otwieramy wyniki?
-Dobrze,ale poczekaj...powiedziałam przytulając go
-Tak?
-Pamiętaj zawsze cię kochałam
-Ja ciebie też wszystko co będzie na tym kawałku papieru zależy od wszystkiego.
-Wiem to otwieraj
Wzdychając bardzo głęboko przełykając ślinę czułam,że coś między mną a Dylanem jest.Ale teraz myślałam tylko o jednym.Żeby na tej kartce było coś co mogło nas obydwojga pocieszyć.No i teraz zaczęło się mój przyjaciel zaczął czytać dokument:

Dylan Evans
Z wielką przykrością powiadamiamy,że zostało panu tylko 5 dni życia.I to już postanowione mamy nadzieję,że spędzisz je dobrze.Jeżeli masz kogoś bliskiego powiadom go o tym jak najszybciej.
Doktor German.
Słuchając słowa które były w liście od doktora byłam cała w łzach.Wyniki Dylana wskazywały na to co pan German napisała...Nie mogłam się powstrzymać i przytuliłam go jak najmocniej.Mówiąc po cichu:
-Dylan?Nie mogę tego opisać jestem zła ale też smutna.Zła dlatego,że mi nie powiedziałeś od razu a smutna bo odejdziesz za pięć dni.Wiesz o tym,że musisz powiedzieć teraz wszystko rodzicom?
-Wiem właśnie tego się obawiam
-Spokojnie będę z tobą.Ale teraz chodź do domu
-Dobrze-powiedział obejmując mnie i kierując się w stronę wyjścia.
Chciałam żeby te 5 dni zleciały jakoś wspaniale żeby Dylan pozostał w mojej pamięci na zawsze.Jeszcze nie mogłam się obudzić z tamtego dnia kiedy Dyl powiedział że jest chory i umiera.Kochałam go w głębi serca ale nie umiałam mu tego wyznać.Chociaż wiedziałam,że zostało tak mało czasu...Idąc do domu myślałam o tych wszystkich chwilach dobrych i złych.Nie miałam już żalu do mojego przyjaciela za to że mnie porwał tamtego dnia.
*30 minut później*
Kiedy przyszliśmy do domu.W oczach Dylana pojawił się nie pokój,wiedziałam,że się bardzo bał.Ale nie miałam ochoty stać jak ten słup soli i weszłam do środka ciągnąć za rękę Dyla.Przywitałam się szybko z rodzicami chłopaka i wbiegłam na górę zostawiając ich samych...Wchodząc usłyszałam początek rozmowy który brzmiał:
-Mamo,tato przepraszam,że wam nie powiedziałem od razu..ale nie mogłem...
-Czego nam nie powiedziałeś?
Po tamtych słowach zamknęłam drzwi i położyłam się na łóżku jednocześnie płacząc.Nie umiałam się pogodzić z tym,że znów stracę najbliższą mi osobę.
czwartek, 27 listopada 2014
Rozdział 44
Po przywitaniu się pani Alice zaprosiła mnie do stoły żebym coś zjadła po tej długiej podróży.Nic nie mówiąc poszłam i usiadłam obok Dylana.Wzięłam ze stołu kurczaka i 2 ziemniaczki pieczone..Było pycha.Aż mama chłopaka się odezwała:
-Dylan opowiadaj jak był w Los Angeles?
-Mamo nie ma nic fajnego w tym,że tam byłem jedyną rzeczą która była dobra to to że poznałem Lucy.
Wtedy mnie zatkało próbowałam się nie rumienić ale się nie udało.Tylko popatrzyłam na chłopaka i jego błękitne oczy jak ocean przełykając ślinę bardzo zawstydzona... Czekając,aż mama i tata Dyla opuszczą ze mnie wzrok.Sama popatrzyłam na podłogę i powiedziałam:
-Przepraszam czy może pani mi powiedzieć gdzie znajduje się łazienka?
-Kochanie na końcu korytarza po prawej stronie..
-Dobrze dziękuję-odpowiedziałam wstając i idąc do łazienki żeby ochłonąć po tym wydarzeniu.Naprawdę nie wiedziałam czy lepiej siedzieć cicho czy zacząć się śmiać,a może płakać?Dylan mnie bardzo zaskoczył...
*10 minut później*
Po obiedzie z Dylem wyszliśmy na zwiedzanie Paryża,oh ile tu było miejsc do zwiedzania.Mogła bym tu mieszkać-pomyślałam uśmiechając się delikatnie.Aż nagle usłyszałam.
-Lucy idziemy do domu ciemno już się robi potem nie będziemy wiedzieć gdzie jesteśmy.
-Poczekaj jeszcze trochę chodź usiądziemy sobie na ławkę i pogadamy.
-Ale o czym?
-Przecież widzę,że coś cię gryzie nie jesteś taki jak zawsze.
-Czyli jaki?
-No uśmiechnięty,rozrywkowy i w ogóle...
-Aaa zmęczony jestem tą podróżą
-Nie miałeś czegoś innego do wymyślenia na serio się pytam co się stało?
-No bo ja umieram ....
-Co?!-krzyknęłam patrząc w jego błękitne oczy
-Jestem chory na raka przepraszam,że ci nie powiedziałem wcześniej.
-Dylan!Jak mogłeś mi nic nie powiedzieć,a rodzice wiedzą?
-Nie i na razie niech to zostanie między nami.
-Dobrze ale na pewno można ci jakoś pomóc..
-Tak operacją ale to nie zła kasa nie mam tyle.
-To powiedz to mamie i tacie ja też ci pomogę.-powiedziałam płacząc na jego ramieniu. Chciałabym,żeby to był tylko zły sen z którego w każdej chwili mogę się wybudzić ale niestety to nie była prawa.Prawdą było tylko jedno,że Dylan jest chory..I jego życie dobiega końca!Nie wiedziałam co zrobić w tej sytuacji.Z Dylem znałam się od niedawna ale coś między nami za i skrzyło,byliśmy dobrymi przyjaciółmi,nie spodziewałam się,że stracę go po tak krótkim czasie.
Po przywitaniu się pani Alice zaprosiła mnie do stoły żebym coś zjadła po tej długiej podróży.Nic nie mówiąc poszłam i usiadłam obok Dylana.Wzięłam ze stołu kurczaka i 2 ziemniaczki pieczone..Było pycha.Aż mama chłopaka się odezwała:
-Dylan opowiadaj jak był w Los Angeles?
-Mamo nie ma nic fajnego w tym,że tam byłem jedyną rzeczą która była dobra to to że poznałem Lucy.
Wtedy mnie zatkało próbowałam się nie rumienić ale się nie udało.Tylko popatrzyłam na chłopaka i jego błękitne oczy jak ocean przełykając ślinę bardzo zawstydzona... Czekając,aż mama i tata Dyla opuszczą ze mnie wzrok.Sama popatrzyłam na podłogę i powiedziałam:-Przepraszam czy może pani mi powiedzieć gdzie znajduje się łazienka?
-Kochanie na końcu korytarza po prawej stronie..
-Dobrze dziękuję-odpowiedziałam wstając i idąc do łazienki żeby ochłonąć po tym wydarzeniu.Naprawdę nie wiedziałam czy lepiej siedzieć cicho czy zacząć się śmiać,a może płakać?Dylan mnie bardzo zaskoczył...
*10 minut później*
Po obiedzie z Dylem wyszliśmy na zwiedzanie Paryża,oh ile tu było miejsc do zwiedzania.Mogła bym tu mieszkać-pomyślałam uśmiechając się delikatnie.Aż nagle usłyszałam.
-Lucy idziemy do domu ciemno już się robi potem nie będziemy wiedzieć gdzie jesteśmy.
-Poczekaj jeszcze trochę chodź usiądziemy sobie na ławkę i pogadamy.
-Ale o czym?
-Przecież widzę,że coś cię gryzie nie jesteś taki jak zawsze.
-Czyli jaki?
-No uśmiechnięty,rozrywkowy i w ogóle...
-Aaa zmęczony jestem tą podróżą
-Nie miałeś czegoś innego do wymyślenia na serio się pytam co się stało?
-No bo ja umieram ....
-Co?!-krzyknęłam patrząc w jego błękitne oczy
-Jestem chory na raka przepraszam,że ci nie powiedziałem wcześniej.-Dylan!Jak mogłeś mi nic nie powiedzieć,a rodzice wiedzą?
-Nie i na razie niech to zostanie między nami.
-Dobrze ale na pewno można ci jakoś pomóc..
-Tak operacją ale to nie zła kasa nie mam tyle.
-To powiedz to mamie i tacie ja też ci pomogę.-powiedziałam płacząc na jego ramieniu. Chciałabym,żeby to był tylko zły sen z którego w każdej chwili mogę się wybudzić ale niestety to nie była prawa.Prawdą było tylko jedno,że Dylan jest chory..I jego życie dobiega końca!Nie wiedziałam co zrobić w tej sytuacji.Z Dylem znałam się od niedawna ale coś między nami za i skrzyło,byliśmy dobrymi przyjaciółmi,nie spodziewałam się,że stracę go po tak krótkim czasie.
niedziela, 23 listopada 2014
Rozdział 43
Nad ranem obudziła mnie stewardessa mówiąc:
-Jesteśmy na miejscu może pani już wysiadać z chłopakiem
-Dobrze dziękuję a taki drobiazg to nie chłopak to przyjaciel-odpowiedziałam uśmiechając się
-Aa to przepraszam nie wiedziałam
-Nie szkodzi....
Kiedy pani odeszła puknęłam Dyla raz i drugi aż się obudził i powiedziałam:
-Wstawaj jesteśmy na miejscu...
-Już tak szybko?-zapytał ze zdziwieniem
-Tak-roześmiałam się patrząc na jego niedospane oczy
-Okey ale nie chcę mi się wstać pomożesz?
-Nie dobra dawaj dawaj bo polecimy dalej
-Ty jesteś taka szybka-powiedział wstając z wygodnego fotela
Ja nic nie odpowiedziałam tylko popatrzyłam na niego przez moje ramię kierując się w stronę wyjścia.Kiedy już wyszłam poczułam świeże powietrze ale najlepsze był to że wysiadając zobaczyłam wierzę Eiffla.Która stała na przeciwko mnie.Złapałam się za głowę.Myśląc:
-Jestem w Paryżu w mieście świateł.O mój boże
Moje wymysły przerwał Dylan pukający mnie w lewe ramię.Odwróciłam się gwałtownie i zapytałam:
-Co?!Daj mi podziwiać te piękne miasto.
-Wiem że ci się bardzo podoba ale nie mamy czasu idziemy szukać moich rodziców potem pędzie czas na zwiedzanie.. Okey?
-Okey-uśmiechnęłam się i pobiegłam za chłopkiem
Biegnąc przez tych wszystkich ludzi przeciskając się przez tłum czułam,że warto było jechać z Dylanem do tego pięknego miasta.Było tyle rzeczy które zawsze chciałam zobaczyć z bliska nie tylko na zdjęciach,..
*20 minut później *
Właśnie jesteśmy w metrze jedziemy do rodziców chłopaka już myślałam,że nigdy nie znajdziemy tej ulicy,Na której państwo Evans mieszkali.Ale się udało.Dyl zadzwonił do mamy i zapytał o ulicę powiedział mu numer domu i nazwę.Więc szybko wskoczyliśmy w pierwsze metro jadąc do nich.Kiedy dojechaliśmy na miejsce Dylan złapał mnie za rękę obawiając się reakcji rodziców.Powiedziałam:
-Boisz się?
-Tak nie wiem co mama i tata sobie o mnie myślą.
-Dylan nie bój się będzie dobrze mówiłeś im że się zmieniłeś prawda?
-Tak ale nie jestem jeszcze do końca pewny czy...
-Czy... co ja jestem pewna,że przyjmą cię z otwartymi ramionami więc pukaj i wchodź jakbyś wrócił do nich z długich wakacji.
-Dobrze to pukam...
Puk i puk i puk aż drzwi się otworzyły przez chwilę mój przyjaciel i jego rodzice stali tak na przeciw siebie i patrzyli na Dylana jak na prawdziwego świętego mikołaja a on na nich tak samo.5 minut później Dyl powiedział:
-Możemy wejść?
-Tak wchodźcie..-odpowiedziała mama Dyla
-Mamo,tato chciałem tylko powiedzieć,że przez te wszystkie lata bez was zrozumiałem co to znaczy tęsknić i kochać.Bardzo żałuję,że was zraniłem nie chciałem tak postąpić,i myślę że mi wybaczycie..
-Synku my z tatą kochamy cię bardzo mocno pamiętaj o tym-odpowiedział pani.Evans ze łzami w oczach przytulając swojego syna oczywiście pan Evans nie wahał się dłużej i poklepał swojego syna w plecy jak to robią chłopacy.Uśmiechnęłam się bo wiedziałam że mama i tata Dylana kochali go bardzo mocno i nie chcieli nigdy go oddać do tego Domu Pomocy.. Stojąc tak mama chłopaka zapytała:
-A to ta twoja przyjaciółka?
-Tak to Lucy
-Witaj Lucy ja jestem mamą Dylana pani.Alice a to tata Dyla pan.John
-Dzień dobry miło mi państwa poznać-powiedziałam podając obojgu rodzicom rękę na przywitanie.
Nad ranem obudziła mnie stewardessa mówiąc:
-Jesteśmy na miejscu może pani już wysiadać z chłopakiem
-Dobrze dziękuję a taki drobiazg to nie chłopak to przyjaciel-odpowiedziałam uśmiechając się
-Aa to przepraszam nie wiedziałam
-Nie szkodzi....
Kiedy pani odeszła puknęłam Dyla raz i drugi aż się obudził i powiedziałam:
-Wstawaj jesteśmy na miejscu...-Już tak szybko?-zapytał ze zdziwieniem
-Tak-roześmiałam się patrząc na jego niedospane oczy
-Okey ale nie chcę mi się wstać pomożesz?
-Nie dobra dawaj dawaj bo polecimy dalej
-Ty jesteś taka szybka-powiedział wstając z wygodnego fotela
Ja nic nie odpowiedziałam tylko popatrzyłam na niego przez moje ramię kierując się w stronę wyjścia.Kiedy już wyszłam poczułam świeże powietrze ale najlepsze był to że wysiadając zobaczyłam wierzę Eiffla.Która stała na przeciwko mnie.Złapałam się za głowę.Myśląc:
-Jestem w Paryżu w mieście świateł.O mój boże
Moje wymysły przerwał Dylan pukający mnie w lewe ramię.Odwróciłam się gwałtownie i zapytałam:
-Co?!Daj mi podziwiać te piękne miasto.
-Wiem że ci się bardzo podoba ale nie mamy czasu idziemy szukać moich rodziców potem pędzie czas na zwiedzanie.. Okey?
-Okey-uśmiechnęłam się i pobiegłam za chłopkiem
Biegnąc przez tych wszystkich ludzi przeciskając się przez tłum czułam,że warto było jechać z Dylanem do tego pięknego miasta.Było tyle rzeczy które zawsze chciałam zobaczyć z bliska nie tylko na zdjęciach,..
*20 minut później *
Właśnie jesteśmy w metrze jedziemy do rodziców chłopaka już myślałam,że nigdy nie znajdziemy tej ulicy,Na której państwo Evans mieszkali.Ale się udało.Dyl zadzwonił do mamy i zapytał o ulicę powiedział mu numer domu i nazwę.Więc szybko wskoczyliśmy w pierwsze metro jadąc do nich.Kiedy dojechaliśmy na miejsce Dylan złapał mnie za rękę obawiając się reakcji rodziców.Powiedziałam:
-Boisz się?
-Tak nie wiem co mama i tata sobie o mnie myślą.
-Dylan nie bój się będzie dobrze mówiłeś im że się zmieniłeś prawda?
-Tak ale nie jestem jeszcze do końca pewny czy...
-Czy... co ja jestem pewna,że przyjmą cię z otwartymi ramionami więc pukaj i wchodź jakbyś wrócił do nich z długich wakacji.
-Dobrze to pukam...
Puk i puk i puk aż drzwi się otworzyły przez chwilę mój przyjaciel i jego rodzice stali tak na przeciw siebie i patrzyli na Dylana jak na prawdziwego świętego mikołaja a on na nich tak samo.5 minut później Dyl powiedział:-Możemy wejść?
-Tak wchodźcie..-odpowiedziała mama Dyla
-Mamo,tato chciałem tylko powiedzieć,że przez te wszystkie lata bez was zrozumiałem co to znaczy tęsknić i kochać.Bardzo żałuję,że was zraniłem nie chciałem tak postąpić,i myślę że mi wybaczycie..
-Synku my z tatą kochamy cię bardzo mocno pamiętaj o tym-odpowiedział pani.Evans ze łzami w oczach przytulając swojego syna oczywiście pan Evans nie wahał się dłużej i poklepał swojego syna w plecy jak to robią chłopacy.Uśmiechnęłam się bo wiedziałam że mama i tata Dylana kochali go bardzo mocno i nie chcieli nigdy go oddać do tego Domu Pomocy.. Stojąc tak mama chłopaka zapytała:
-A to ta twoja przyjaciółka?
-Tak to Lucy
-Witaj Lucy ja jestem mamą Dylana pani.Alice a to tata Dyla pan.John
-Dzień dobry miło mi państwa poznać-powiedziałam podając obojgu rodzicom rękę na przywitanie.
sobota, 22 listopada 2014
Rozdział 42
Kochani to już ostatnie rozdziały tego opowiadania.Więc czytajcie uważnie bo będzie się działo..Myślę,że wam się chociaż odrobinę podobało.Dziękuję za wenę do pisania <3
Obudził mnie Dylan.Który stał na de mną i przyglądał się mi jakby ducha zobaczył.Więc:
-Co tak się patrzysz?-zapytałam zdenerwowana
-Bo się zakochałem-odpowiedział z uśmiechem
-I musisz się tak patrzeć?
-Tak bo kocham ciebie
-Mnie?Jak to?-
-Po prostu.Lucy jesteś najładniejszą,najzdolniejszą,najśmieszniejszą i najukochańszą dziewczyną jaką znam.
-Dziękuję-uśmiechnęłam się ocierając oczy,aż tu nagle Dylan mnie zaskoczył zapytał czy będę jego dziewczyną.Nie wiedziałam co odpowiedzieć.Leżałam na łóżku patrząc się w sufit 10 minut.Nie dawno co rozstałam się z Maxsem.Chyba nie jestem gotowa jeszcze na kolejny związek.Dyl musi mnie zrozumieć.Wstałam z łóżka kierując się w stronę pokoju Dyla otwierając drzwi zapukałam i weszłam mówiąc:
-Musisz mnie zrozumieć ale nie jestem gotowa na związek nie dawno co rozstałam się z Maxsem i nie mogę wyobrazić sobie kolejnego związku tak szybko.Wybacz...-powiedziałam opuszczając głowę w podłogę.
-To ja cię przepraszam.Za szybko wszystko zaplanowałem ale zrozum chcę się cieszyć każdą chwilą,każdą sekundą życia.Dopóki je mam-odpowiedział przytulając mnie do siebie.
-Jak?Dopóki je masz?!Nie rozumiem-odsunęłam się od niego pytając
-Oj nie ważne tak powiedziałem
-Dobrze już ale wrócę do tego za jakiś czas.Przyszedł mi do głowy pomysł.Masz numer do rodziców?
-Mam do mamy.A co?
-TO PODAJ
Zaczął pisać numer a ja szybko wyrwałam telefon i zadzwoniłam.Odebrała faktycznie jakaś kobieta więc zapytałam:
-Pani.Evans?
-Tak kto mówi?
-Przyjaciółka pani syna chciałby z panią porozmawiać.
-Mój syn dla mnie już nie istnieje nie znam go z mężem
-Proszę panią niech pani poczeka.Rozumie pani że Dylan się zmienił nie jest taki jak był kiedyś ma uczucia,Kocha wie co to znaczy.Niech pani da mu szansę i porozmawia z nim.Błagam.
-Dobrze daj go.
Zawołałam Dylana,a sama weszłam do łazienki.Ogarnęłam się trochę weszłam szybko pod prysznic umalowałam usta błyszczykiem.Włosy zawiązałam w kucyka i wyszłam,Gotowa do wyjścia,Dyl szybko do mnie podbiegł i nie wiedząc co robi pocałował mnie prosto w usta.Nie chciałam tego więc wyrwałam się i powiedziałam:
-Co ty wyprawiasz?
-Przepraszam poniosło mnie chciałem ci tylko podziękować za to,że namówiłaś moją mamę do rozmowy.Jeszcze dziś jedziemy do Paryża.Pakuj się.I ruszamy na lotnisko,mamy tylko 3,5 kilometrów,Dotrzemy szybko.I zdążymy na pierwszy lot.
-Naprawdę ! OMG to szybko bo mało czasu nam zostało wylot jest o 10:20
-A jest 10:00 mamy tylko 20 minut szybko Lucy!
Bardzo szybko się spakowaliśmy i wybiegliśmy z hotelu jak byśmy zostali przestraszeni.Nawet nie zdążyliśmy się pożegnać.Ale teraz najważniejsze było to,że jadę z moim przyjacielem do Paryża.Do jego kochanych rodziców którzy na pewno go kochają i tęsknią bardzo mocno.
-Gotowa?
-Tak-odpowiedziałam szczęśliwa jak nigdy do wcześniej.
-No to jedziemy-uśmiechnął się i przez chwilę trzymał mnie za rękę z wyrazów podziękowania.
-Okey jedź już bo nie zdążymy-powiedziałam
-Okey to ruszamy w przygodę.Zostawiamy to co nam przeszkadza i ruszamy na przód.
-Nom
*15minut później*
Dojechaliśmy i wtedy szybko wysiedliśmy z samochodu biegnąc w stronę lotniska w ostatniej chwili zdążyliśmy tylko daliśmy bilety i migiem do samolotu.Znaleźliśmy sobie miejsce iii..wtedy poczułam że zaczynam żyć od nowa.Z kimś komu mogłam zaufać.Dyalan był na prawdę dobrym przyjacielem i zasługiwał na wsparcie rodziny.Moje myśli przerwał kapitan który ogłosił:
-UWAGA,UWAGA PROSZĘ ZAPIĄĆ PASY STRATUJEMY!
No i było to prawdą wznosząc się do góry popatrzyłam na Dyla jaki był zachwycony tym,że może znów zobaczyć się z rodzicami.Złapałam go za rękę patrząc na niego tak jak on na mnie rano.Tak skończył się kolejny dzień z nim.Czyli fantastycznie...
Kochani to już ostatnie rozdziały tego opowiadania.Więc czytajcie uważnie bo będzie się działo..Myślę,że wam się chociaż odrobinę podobało.Dziękuję za wenę do pisania <3
Obudził mnie Dylan.Który stał na de mną i przyglądał się mi jakby ducha zobaczył.Więc:
-Co tak się patrzysz?-zapytałam zdenerwowana
-Bo się zakochałem-odpowiedział z uśmiechem
-I musisz się tak patrzeć?
-Tak bo kocham ciebie
-Mnie?Jak to?-
-Po prostu.Lucy jesteś najładniejszą,najzdolniejszą,najśmieszniejszą i najukochańszą dziewczyną jaką znam.
-Dziękuję-uśmiechnęłam się ocierając oczy,aż tu nagle Dylan mnie zaskoczył zapytał czy będę jego dziewczyną.Nie wiedziałam co odpowiedzieć.Leżałam na łóżku patrząc się w sufit 10 minut.Nie dawno co rozstałam się z Maxsem.Chyba nie jestem gotowa jeszcze na kolejny związek.Dyl musi mnie zrozumieć.Wstałam z łóżka kierując się w stronę pokoju Dyla otwierając drzwi zapukałam i weszłam mówiąc:-Musisz mnie zrozumieć ale nie jestem gotowa na związek nie dawno co rozstałam się z Maxsem i nie mogę wyobrazić sobie kolejnego związku tak szybko.Wybacz...-powiedziałam opuszczając głowę w podłogę.
-To ja cię przepraszam.Za szybko wszystko zaplanowałem ale zrozum chcę się cieszyć każdą chwilą,każdą sekundą życia.Dopóki je mam-odpowiedział przytulając mnie do siebie.
-Jak?Dopóki je masz?!Nie rozumiem-odsunęłam się od niego pytając
-Oj nie ważne tak powiedziałem
-Dobrze już ale wrócę do tego za jakiś czas.Przyszedł mi do głowy pomysł.Masz numer do rodziców?-Mam do mamy.A co?
-TO PODAJ
Zaczął pisać numer a ja szybko wyrwałam telefon i zadzwoniłam.Odebrała faktycznie jakaś kobieta więc zapytałam:
-Pani.Evans?
-Tak kto mówi?
-Przyjaciółka pani syna chciałby z panią porozmawiać.
-Mój syn dla mnie już nie istnieje nie znam go z mężem
-Proszę panią niech pani poczeka.Rozumie pani że Dylan się zmienił nie jest taki jak był kiedyś ma uczucia,Kocha wie co to znaczy.Niech pani da mu szansę i porozmawia z nim.Błagam.
-Dobrze daj go.
Zawołałam Dylana,a sama weszłam do łazienki.Ogarnęłam się trochę weszłam szybko pod prysznic umalowałam usta błyszczykiem.Włosy zawiązałam w kucyka i wyszłam,Gotowa do wyjścia,Dyl szybko do mnie podbiegł i nie wiedząc co robi pocałował mnie prosto w usta.Nie chciałam tego więc wyrwałam się i powiedziałam:
-Co ty wyprawiasz?
-Przepraszam poniosło mnie chciałem ci tylko podziękować za to,że namówiłaś moją mamę do rozmowy.Jeszcze dziś jedziemy do Paryża.Pakuj się.I ruszamy na lotnisko,mamy tylko 3,5 kilometrów,Dotrzemy szybko.I zdążymy na pierwszy lot.
-Naprawdę ! OMG to szybko bo mało czasu nam zostało wylot jest o 10:20
-A jest 10:00 mamy tylko 20 minut szybko Lucy!
Bardzo szybko się spakowaliśmy i wybiegliśmy z hotelu jak byśmy zostali przestraszeni.Nawet nie zdążyliśmy się pożegnać.Ale teraz najważniejsze było to,że jadę z moim przyjacielem do Paryża.Do jego kochanych rodziców którzy na pewno go kochają i tęsknią bardzo mocno.
-Gotowa?
-Tak-odpowiedziałam szczęśliwa jak nigdy do wcześniej.
-No to jedziemy-uśmiechnął się i przez chwilę trzymał mnie za rękę z wyrazów podziękowania.
-Okey jedź już bo nie zdążymy-powiedziałam
-Okey to ruszamy w przygodę.Zostawiamy to co nam przeszkadza i ruszamy na przód.
-Nom
*15minut później*
Dojechaliśmy i wtedy szybko wysiedliśmy z samochodu biegnąc w stronę lotniska w ostatniej chwili zdążyliśmy tylko daliśmy bilety i migiem do samolotu.Znaleźliśmy sobie miejsce iii..wtedy poczułam że zaczynam żyć od nowa.Z kimś komu mogłam zaufać.Dyalan był na prawdę dobrym przyjacielem i zasługiwał na wsparcie rodziny.Moje myśli przerwał kapitan który ogłosił:-UWAGA,UWAGA PROSZĘ ZAPIĄĆ PASY STRATUJEMY!
No i było to prawdą wznosząc się do góry popatrzyłam na Dyla jaki był zachwycony tym,że może znów zobaczyć się z rodzicami.Złapałam go za rękę patrząc na niego tak jak on na mnie rano.Tak skończył się kolejny dzień z nim.Czyli fantastycznie...
Rozdział 41
Kolejnego dnia....
Kiedy się obudziłam było jeszcze bardzo wcześnie.Ale nie był przy mnie Dylana.Zerwałam się szybko i pobiegłam go szukać,aż zobaczyłam go przy samochodzie i powiedziałam:
-Ty!To próba nastraszenia mnie?
-Haha bałaś się?
-No a żebyś wiedział-odpowiedziałam wzdychając
-Po prostu szykowałem już samochód do jazdy.A ciebie nie chciałem budzić.
-Dobrze.Czyli zaraz jedziemy?
-Tak wsiadaj-uśmiechnął się i wsiadł do auta.
Jadąc tak myślałam o tym czy zapytać czemu Dylan mieszkał w Domu Pomocy czy lepiej się nie pytać.Aż usłyszałam od chłopka:
-O czym tak myślisz?
-Nie wiem ale muszę ci zadać to pytanie.
-Słucham?
-Czemu trafiłeś do Domu Pomocy?
-Yyy...Moi rodzice mnie zostawili wiesz już o tym no ale też wpadłem w depresje i musieli mnie oddać bo tak to bym chyba nie wytrzymał.I bym pozabijał wszystko co stało mi na drodze.
Patrzyłam z nie do wierzeniem przez dobre kilka minut aż chłopak się roześmiał i powiedział:
-Haha nabrałaś się.Nie wpadłem w depresje po prostu rodzice mnie oddali...
-Wiesz co!-popchnęłam go łokciem w stronę drzwi śmiejąc się
-No co tak chciałem zobaczyć co zrobisz.
-Ok lepiej patrz gdzie jedziesz
-Aaa wiesz że zdałem dopiero za 5 razem konstruktorka która ze mną jechała wysiadła jak trup z samochodu.
-Właśnie widzę jak jeździsz...UWAŻAJ KOGOŚ TRAWNIK!
-Ups zdarza się-roześmiał się i w końcu zamilkł
Był piękny słoneczny dzień przez szybę wiał lekki wiaterek który czułam w swoich rozpuszczonych włosach.
*18:10*
Spałam...Nie wiedziałam nawet co się dzieje,aż się obudziłam na miękkim łóżku.Bardzo się zdziwiłam i wstałam wyszłam na balkon i zobaczyłam.:napis:HOTEL ROSAM.
-O mój boże Dylan jesteśmy w hotelu jak to się stało?!
-Lucyy uspokój się pali się czy co,że tak lamentujesz w środku nocy?
-Nie ale jak znaleźliśmy się w hotelu?
-No weszliśmy zapłaciłem,poszliśmy do naszego pokoju położyłem cię na łóżko i poszedłem też spać.Czy to takie nielogiczne?
-A skąd miałeś na to pieniądze?-zapytałam stojąc na balkonie
-No miałem zarobiłem w pracy
-Pracujesz?
-Już nie pracowałem kiedyś i oszczędzałem właśnie po to żeby uciec z Domu Pomocy i odnaleźć rodziców.Ale teraz chodź szybko z tego balkonu bo zachorujesz.
-Okey.
Kolejnego dnia....
Kiedy się obudziłam było jeszcze bardzo wcześnie.Ale nie był przy mnie Dylana.Zerwałam się szybko i pobiegłam go szukać,aż zobaczyłam go przy samochodzie i powiedziałam:
-Ty!To próba nastraszenia mnie?
-Haha bałaś się?
-No a żebyś wiedział-odpowiedziałam wzdychając
-Po prostu szykowałem już samochód do jazdy.A ciebie nie chciałem budzić.
-Dobrze.Czyli zaraz jedziemy?
-Tak wsiadaj-uśmiechnął się i wsiadł do auta.
Jadąc tak myślałam o tym czy zapytać czemu Dylan mieszkał w Domu Pomocy czy lepiej się nie pytać.Aż usłyszałam od chłopka:
-O czym tak myślisz?
-Nie wiem ale muszę ci zadać to pytanie.
-Słucham?
-Czemu trafiłeś do Domu Pomocy?
-Yyy...Moi rodzice mnie zostawili wiesz już o tym no ale też wpadłem w depresje i musieli mnie oddać bo tak to bym chyba nie wytrzymał.I bym pozabijał wszystko co stało mi na drodze.
Patrzyłam z nie do wierzeniem przez dobre kilka minut aż chłopak się roześmiał i powiedział:
-Haha nabrałaś się.Nie wpadłem w depresje po prostu rodzice mnie oddali...
-Wiesz co!-popchnęłam go łokciem w stronę drzwi śmiejąc się
-No co tak chciałem zobaczyć co zrobisz.
-Ok lepiej patrz gdzie jedziesz
-Aaa wiesz że zdałem dopiero za 5 razem konstruktorka która ze mną jechała wysiadła jak trup z samochodu.
-Właśnie widzę jak jeździsz...UWAŻAJ KOGOŚ TRAWNIK!
-Ups zdarza się-roześmiał się i w końcu zamilkł
Był piękny słoneczny dzień przez szybę wiał lekki wiaterek który czułam w swoich rozpuszczonych włosach.
*18:10*
Spałam...Nie wiedziałam nawet co się dzieje,aż się obudziłam na miękkim łóżku.Bardzo się zdziwiłam i wstałam wyszłam na balkon i zobaczyłam.:napis:HOTEL ROSAM. -O mój boże Dylan jesteśmy w hotelu jak to się stało?!
-Lucyy uspokój się pali się czy co,że tak lamentujesz w środku nocy?
-Nie ale jak znaleźliśmy się w hotelu?
-No weszliśmy zapłaciłem,poszliśmy do naszego pokoju położyłem cię na łóżko i poszedłem też spać.Czy to takie nielogiczne?
-A skąd miałeś na to pieniądze?-zapytałam stojąc na balkonie
-No miałem zarobiłem w pracy
-Pracujesz?
-Już nie pracowałem kiedyś i oszczędzałem właśnie po to żeby uciec z Domu Pomocy i odnaleźć rodziców.Ale teraz chodź szybko z tego balkonu bo zachorujesz.
-Okey.
sobota, 15 listopada 2014
Rozdział 40 ;*
Jego wzrok mnie przerażał ale nie chciałam tego pokazywać więc odwróciłam się w drugą stronę i poszłam dalej.Słyszałam tylko za sobą krzyk:
-Haha wiedziałem,że się mnie boisz!
Nie próbowałam wywoływać następnej kłótni i miałam to gdzieś co on tam krzyczy...Idąc tak przez całe miasto.Czułam,że ktoś ciągle za mną idzie nie chciałam go spłoszyć więc szłam dalej nie odwracając się za siebie,Aż poczułam delikatny dotyk na mojej ręce odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Dylana mówiącego:
-Idziesz teraz ze mną!
-Gdzie?!-krzyknęłam zdenerwowana
-Zobaczysz-szarpnął mnie za rękę
-Puść mnie!
-Nie! Uspokój się i nie krzycz-mówił idą w stronę samochodu
Kiedy doszliśmy wziął mnie na ręce i wrzucił do tyłu auta.Bałam się nie wiedziałam co się stanie gdzie ten idiota chcę mnie zabrać.Powiedziałam:
-Nie ujdzie ci to na sucho
-Mylisz się mi zawsze wychodzi po mojemu nie muszę się martwić,że naskarżysz o mnie do rodziców...-roześmiał się
-Nie naskarżę bo już ich nie mam...
-Czemu?-zatrzymał się na środku drogi nie dowierzając
-Nie ważne to długa historia.
-Ważne powiedz
-Przed chwilą się na mnie darłeś,szarpałeś mnie za rękę a w tej chwili chcesz mnie słuchać?
-No dobrze nie to nie jedziemy dalej.
-A mogę wiedzieć gdzie?
-Nie siedź cicho!
Nic nie odpowiedziałam tylko siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na siedzeniu.Z tym chłopakiem było coś dziwnego przed chwilą poczułam,że też ma uczucia ale zaraz to zniknęło.Po czterech godzinach jazdy zasnęłam..
*08:10*
Otwierając oczy zobaczyłam że stoimy na parkingu obok jakiegoś sklepu.Więc postanowiłam wymknąć się z samochodu i skierować się do tego małego kiosku.Kiedy już doszłam zapytałam pani:
-Dzień dobry czy mogę coś do picia?
-Jasne skarbie aa jeszcze cię nie widziałam w tej okolicy jesteś nowa?
-Nie sama nie wiem gdzie jestem może pani mi powiedzieć co to za miasto?
-Kochanie to nie miasto to malutkie miasteczko Mesa
-Nigdy jeszcze o nim nie słyszałam dobrze ale dziękuję za informacje miło się z panią gadało-uśmiechnęłam się ale kiedy wychodziłam na zewnątrz moim oczom ukazało się zdjęcie Dylana w gazetce.Od razu wyjęłam czasopismo i zaczęłam czytać..
Ogłoszenie !
Młody chłopak Dylan Evans uciekł z domu pomocy!Jeżeli ktoś go widział proszę o skontaktowanie się pod numer:284 526 745.Czekamy chłopak ma problemy zdrowotne .Prosimy o szybkie nawiązanie kontaktu po odnalezieniu go.
Nie wierzyłam kiedy to przeczytałam on było chory dlatego jest taki dziwny czasem zły i czasem dobry.Muszę mu jakoś pomóc.Szybko wyszłam na dwór wsiadłam do samochodu za kierownice i pojechałam gdzieś w jakieś ciche miejsce gdzie nikt nic nie widzi.A,że tata mnie uczył jeździć autem dałam sobie jakoś radę.Dojechałam do jakiegoś pustego lasu.Wyszłam z samochodu,żeby pomyśleć co powiem chłopakowi kiedy się obudzi.Aż ten czas nastąpił wyskoczyła z samochodu jak jakiś niedźwiedź i zaczął krzyczeć:
-Gdzie ty nas wywiozłaś?!
-Dylan spokojnie chcę pogadać-mówiąc powoli do niego podchodziłam
-O czym chcesz,ze mną gadać?
-O tym-powiedziałam wyciągając gazetkę z kiszeni
-Skąd to masz?!-zapytał zdenerwowany
-Nie ważne powiedz czemu uciekłeś i nic nie mówiłeś,że nie masz rodziny że jesteś chory.Uważałam cię za jakiegoś zimnego drania a tak wcale nie jest.W głębi serca jesteś dobrym chłopakiem wierze w to i pomogę ci się odnaleźć.Ale musisz dać sobie pomóc-powiedziałam smutna
-Lucy...Przepraszam za to co ci powiedziałem jesteś niesamowita to ja jestem idiotą który nie panuje nad swoimi emocjami.Wybacz mi proszę dam sobie pomóc,Wierzę w to,że razem damy radę,
-Nie jesteś idiotą który nie panuje nad swoimi emocjami po prostu jesteś chory,ale ja chcę tylko żebyś wyzdrowiał.Jeżeli ty będziesz też tego chciał.Spełni się to.Aa i moi rodzice zginęli nie dawno w wypadku samochodowym.Bardzo za nimi tęsknię,a twoi rodzice co się z nimi stało?-zapytałam przytulając się do niego.
-Moi..rodzice żyją po prostu oddali mnie w ręce domu dziecka i dlatego znalazłem się w tym domu opieki.Ale to nie ich wina tylko moja,nie byłem za dobrym synem nie słuchałem ich krzyczałem na nich.Żałuje teraz tego bo kocham moich rodziców i kiedy dali by mi następną szansę zmieniłbym się na lepsze.
-Gdzie oni mieszkają?
-Oni mieszkają we Francji...
-Aa a Dylan chcę żebyś był szczęśliwy więc pojedziesz tam ze mną.
-Co?Lucy oszalałaś to za daleko.
-Posłuchaj nie można tak.Trzeba walczyć o to,żeby się spotkać z rodzicami ja też za mało spędzałam z nimi czasu i zobacz jak wyszło teraz za nimi bardzo tęsknie. Bo zrozumiałam,że rodzicom trzeba poświęcać każdą sekundę żeby się nimi nacieszyć.Więc jedźmy tam-powiedziałam lekko uśmiechając się do chłopaka.A on dotknął delikatnie moją twarz i próbował mnie pocałować.Niestety nie byłam na to gotowa i odsunęłam się od niego.Mówiąc:
-Przepraszam ale nie mogę
-OK rozumiem
-Yy może się przejdziemy
-Dobrze chodźmy
-Ok-powiedziałam łapiąc Dylana za rękę i idąc przed siebie,aż znaleźliśmy się przed pięknym jeziorkiem szybko pobiegłam na brzeg i usiadłam.Było tak niesamowicie,aż nagle zrobiło mi się zimno ale nie marzłam długo bo chłopak oddał mi swoją kurtkę,kiedy już ją założyłam moja głowa upadła na jego ramię....
Jego wzrok mnie przerażał ale nie chciałam tego pokazywać więc odwróciłam się w drugą stronę i poszłam dalej.Słyszałam tylko za sobą krzyk:
-Haha wiedziałem,że się mnie boisz!
Nie próbowałam wywoływać następnej kłótni i miałam to gdzieś co on tam krzyczy...Idąc tak przez całe miasto.Czułam,że ktoś ciągle za mną idzie nie chciałam go spłoszyć więc szłam dalej nie odwracając się za siebie,Aż poczułam delikatny dotyk na mojej ręce odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Dylana mówiącego:
-Idziesz teraz ze mną!-Gdzie?!-krzyknęłam zdenerwowana
-Zobaczysz-szarpnął mnie za rękę
-Puść mnie!
-Nie! Uspokój się i nie krzycz-mówił idą w stronę samochodu
Kiedy doszliśmy wziął mnie na ręce i wrzucił do tyłu auta.Bałam się nie wiedziałam co się stanie gdzie ten idiota chcę mnie zabrać.Powiedziałam:
-Nie ujdzie ci to na sucho
-Mylisz się mi zawsze wychodzi po mojemu nie muszę się martwić,że naskarżysz o mnie do rodziców...-roześmiał się
-Nie naskarżę bo już ich nie mam...
-Czemu?-zatrzymał się na środku drogi nie dowierzając
-Nie ważne to długa historia.
-Ważne powiedz
-Przed chwilą się na mnie darłeś,szarpałeś mnie za rękę a w tej chwili chcesz mnie słuchać?
-No dobrze nie to nie jedziemy dalej.
-A mogę wiedzieć gdzie?
-Nie siedź cicho!
Nic nie odpowiedziałam tylko siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na siedzeniu.Z tym chłopakiem było coś dziwnego przed chwilą poczułam,że też ma uczucia ale zaraz to zniknęło.Po czterech godzinach jazdy zasnęłam..
*08:10*
Otwierając oczy zobaczyłam że stoimy na parkingu obok jakiegoś sklepu.Więc postanowiłam wymknąć się z samochodu i skierować się do tego małego kiosku.Kiedy już doszłam zapytałam pani:
-Dzień dobry czy mogę coś do picia?
-Jasne skarbie aa jeszcze cię nie widziałam w tej okolicy jesteś nowa?
-Nie sama nie wiem gdzie jestem może pani mi powiedzieć co to za miasto?
-Kochanie to nie miasto to malutkie miasteczko Mesa
-Nigdy jeszcze o nim nie słyszałam dobrze ale dziękuję za informacje miło się z panią gadało-uśmiechnęłam się ale kiedy wychodziłam na zewnątrz moim oczom ukazało się zdjęcie Dylana w gazetce.Od razu wyjęłam czasopismo i zaczęłam czytać..
Ogłoszenie !
Młody chłopak Dylan Evans uciekł z domu pomocy!Jeżeli ktoś go widział proszę o skontaktowanie się pod numer:284 526 745.Czekamy chłopak ma problemy zdrowotne .Prosimy o szybkie nawiązanie kontaktu po odnalezieniu go.
Nie wierzyłam kiedy to przeczytałam on było chory dlatego jest taki dziwny czasem zły i czasem dobry.Muszę mu jakoś pomóc.Szybko wyszłam na dwór wsiadłam do samochodu za kierownice i pojechałam gdzieś w jakieś ciche miejsce gdzie nikt nic nie widzi.A,że tata mnie uczył jeździć autem dałam sobie jakoś radę.Dojechałam do jakiegoś pustego lasu.Wyszłam z samochodu,żeby pomyśleć co powiem chłopakowi kiedy się obudzi.Aż ten czas nastąpił wyskoczyła z samochodu jak jakiś niedźwiedź i zaczął krzyczeć:
-Gdzie ty nas wywiozłaś?!-Dylan spokojnie chcę pogadać-mówiąc powoli do niego podchodziłam
-O czym chcesz,ze mną gadać?
-O tym-powiedziałam wyciągając gazetkę z kiszeni
-Skąd to masz?!-zapytał zdenerwowany
-Nie ważne powiedz czemu uciekłeś i nic nie mówiłeś,że nie masz rodziny że jesteś chory.Uważałam cię za jakiegoś zimnego drania a tak wcale nie jest.W głębi serca jesteś dobrym chłopakiem wierze w to i pomogę ci się odnaleźć.Ale musisz dać sobie pomóc-powiedziałam smutna
-Lucy...Przepraszam za to co ci powiedziałem jesteś niesamowita to ja jestem idiotą który nie panuje nad swoimi emocjami.Wybacz mi proszę dam sobie pomóc,Wierzę w to,że razem damy radę,
-Nie jesteś idiotą który nie panuje nad swoimi emocjami po prostu jesteś chory,ale ja chcę tylko żebyś wyzdrowiał.Jeżeli ty będziesz też tego chciał.Spełni się to.Aa i moi rodzice zginęli nie dawno w wypadku samochodowym.Bardzo za nimi tęsknię,a twoi rodzice co się z nimi stało?-zapytałam przytulając się do niego.
-Moi..rodzice żyją po prostu oddali mnie w ręce domu dziecka i dlatego znalazłem się w tym domu opieki.Ale to nie ich wina tylko moja,nie byłem za dobrym synem nie słuchałem ich krzyczałem na nich.Żałuje teraz tego bo kocham moich rodziców i kiedy dali by mi następną szansę zmieniłbym się na lepsze.
-Gdzie oni mieszkają?
-Oni mieszkają we Francji...-Aa a Dylan chcę żebyś był szczęśliwy więc pojedziesz tam ze mną.
-Co?Lucy oszalałaś to za daleko.
-Posłuchaj nie można tak.Trzeba walczyć o to,żeby się spotkać z rodzicami ja też za mało spędzałam z nimi czasu i zobacz jak wyszło teraz za nimi bardzo tęsknie. Bo zrozumiałam,że rodzicom trzeba poświęcać każdą sekundę żeby się nimi nacieszyć.Więc jedźmy tam-powiedziałam lekko uśmiechając się do chłopaka.A on dotknął delikatnie moją twarz i próbował mnie pocałować.Niestety nie byłam na to gotowa i odsunęłam się od niego.Mówiąc:
-Przepraszam ale nie mogę
-OK rozumiem
-Yy może się przejdziemy
-Dobrze chodźmy
-Ok-powiedziałam łapiąc Dylana za rękę i idąc przed siebie,aż znaleźliśmy się przed pięknym jeziorkiem szybko pobiegłam na brzeg i usiadłam.Było tak niesamowicie,aż nagle zrobiło mi się zimno ale nie marzłam długo bo chłopak oddał mi swoją kurtkę,kiedy już ją założyłam moja głowa upadła na jego ramię....
środa, 12 listopada 2014
Rozdział 39
Znajdując się na balkonie podtrzymywałam się barierki bo w jednej chwili zrobiło mi się bardzo słabo.Nie wiedziałam czemu...Poco?Myślałam nad tym dobre parę minut,aż nale usłyszałam głos z dołu:
-Lucy otwórz drzwi chcę z tobą porozmawiać!-krzyknął Maxs
-Nie!Idź stąd nigdy już ci nie otworze rozumiesz!?
-Błagam daj mi jeszcze jedną szanse-powiedział upadając na kolana
-Nie już było ich za wiele koniec nie chcę cię znać.Idź sobie!-krzyknęłam i weszłam do pokoju zamykając balkon.Jak ja mogłam być taka głupia i mu uwierzyć w te wszystkie brednie,kłamstw.Nienawidzę go.Już go nie kocham już mu nie zaufam nawet jeśli będzie mnie błagał całe życie nie wybaczę mu tego nie ma takiej opcji! -wymieniałam po kolei płacząc w poduszkę i przytulając miśka.Te wszystkie wspomnienia,wypady,randki wszystko poszło gdzieś daleko.Co się stało to się nie odstanie.
*5 minut później*
Po pięciu minutach użalania się nad sobą postanowiłam się ogarnąć i wyjść na spacer.Nie mogłam przecież przez całe życie siedzieć w domu przygnębiona trzeba żyć dalej-pomyślałam i poszłam się ubrać.Ubrałam się w : szorty,bluzkę na ramiączka,trampki i bransoletkę,włosy związałam w koka.I wyszłam...Idąc tak myślałam co się dzieje dookoła mnie wszystko się psuje Tak jak:Być samemu na zakończeniu roku.Czy śmierć rodziców i jeszcze Maxs!Co ja zawiniłam,że ma takie problemy nie rozumiem niestety chyba już tak musi tak być.To po prostu moje nieszczęście...Po dłuższym czasie zauważyłam ludzi szczęśliwych,roześmianych,aż westchnęłam.Czemu jak tak nie mogłam?!Nie rozumiem!Mam dość tego świata-myślałam biegnąc przez drogę i BUM!Stuknęłam się z chłopakiem,nie wiedziałam kto to ale wydawał się miły do pory kiedy się nie odezwał:
-Uważaj jak chodzisz!
-Yyy przepraszam ale to ty nie uważasz tylko idziesz nie patrząc przed siebie!-krzyknęłam
-Co?! Próbujesz się ze mną kłócić pamiętaj,że do Dylana Evansa się nie podskakuje.
-Grozisz mi?
-Nie tylko ci mówię na drugi raz uważaj-powiedział odchodząc w przeciwną stronę,ale ja nie mogłam wytrzymać i krzyknęłam:
-Ej ty co ty sobie myślisz?! Nie jestem taka jak inne dziewczyny,że ci odpuszczą nie ma ze mną tak łatwo.Pamiętaj!-parzyłam tylko co się wydarzy..... aż Dylan odwrócił się w moją stronę i kiedy jego wzrok by zabijał dawno było by po mnie.
******************************************************************************
Znajdując się na balkonie podtrzymywałam się barierki bo w jednej chwili zrobiło mi się bardzo słabo.Nie wiedziałam czemu...Poco?Myślałam nad tym dobre parę minut,aż nale usłyszałam głos z dołu:
-Lucy otwórz drzwi chcę z tobą porozmawiać!-krzyknął Maxs
-Nie!Idź stąd nigdy już ci nie otworze rozumiesz!?
-Błagam daj mi jeszcze jedną szanse-powiedział upadając na kolana
-Nie już było ich za wiele koniec nie chcę cię znać.Idź sobie!-krzyknęłam i weszłam do pokoju zamykając balkon.Jak ja mogłam być taka głupia i mu uwierzyć w te wszystkie brednie,kłamstw.Nienawidzę go.Już go nie kocham już mu nie zaufam nawet jeśli będzie mnie błagał całe życie nie wybaczę mu tego nie ma takiej opcji! -wymieniałam po kolei płacząc w poduszkę i przytulając miśka.Te wszystkie wspomnienia,wypady,randki wszystko poszło gdzieś daleko.Co się stało to się nie odstanie.
*5 minut później*
Po pięciu minutach użalania się nad sobą postanowiłam się ogarnąć i wyjść na spacer.Nie mogłam przecież przez całe życie siedzieć w domu przygnębiona trzeba żyć dalej-pomyślałam i poszłam się ubrać.Ubrałam się w : szorty,bluzkę na ramiączka,trampki i bransoletkę,włosy związałam w koka.I wyszłam...Idąc tak myślałam co się dzieje dookoła mnie wszystko się psuje Tak jak:Być samemu na zakończeniu roku.Czy śmierć rodziców i jeszcze Maxs!Co ja zawiniłam,że ma takie problemy nie rozumiem niestety chyba już tak musi tak być.To po prostu moje nieszczęście...Po dłuższym czasie zauważyłam ludzi szczęśliwych,roześmianych,aż westchnęłam.Czemu jak tak nie mogłam?!Nie rozumiem!Mam dość tego świata-myślałam biegnąc przez drogę i BUM!Stuknęłam się z chłopakiem,nie wiedziałam kto to ale wydawał się miły do pory kiedy się nie odezwał:-Uważaj jak chodzisz!
-Yyy przepraszam ale to ty nie uważasz tylko idziesz nie patrząc przed siebie!-krzyknęłam
-Co?! Próbujesz się ze mną kłócić pamiętaj,że do Dylana Evansa się nie podskakuje.
-Grozisz mi?
-Nie tylko ci mówię na drugi raz uważaj-powiedział odchodząc w przeciwną stronę,ale ja nie mogłam wytrzymać i krzyknęłam:
-Ej ty co ty sobie myślisz?! Nie jestem taka jak inne dziewczyny,że ci odpuszczą nie ma ze mną tak łatwo.Pamiętaj!-parzyłam tylko co się wydarzy..... aż Dylan odwrócił się w moją stronę i kiedy jego wzrok by zabijał dawno było by po mnie.
******************************************************************************
NOWY BOHATER : Dylan Evans ( Shane Harper )
wtorek, 11 listopada 2014
Rozdział 38
Po krótkim odpoczynku wstałam i skierowałam się po rzeczy do sprzątania domu.Jeszcze nie wiedziałam za co mam się zabrać,aż tu nagle Maxs rzucił do mnie szmatkę i zaczął mówić jak najęty:
-Nasze dzisiejsze prace to:
1.Posprzątać taras
2.Posprzątać wszystkie pokoje
3.Odkurzyć schody i wszystkie pomieszczenia
4.Umyć okna
5.Zrobić porządek w pokoju rodziców.
-To wszystko?-zapytałam wzdychając
-Tak wszystko
-No to na co czekamy bierzemy się do roboty-Zaczęliśmy od tarasu tam pozamiataliśmy.Poukładaliśmy na stoliku i inne rzeczy,żeby tylko miło się nam siedziało.Potem zaczęliśmy sprzątać salon wszystko zdejmować było niesamowitą poraszką już przy tym się zmęczyłam.Ale mój chłopak śmigał dalej jak jakiś bohater ratujący świat,aż tu nagle zadzwonił dzwonek do drzwi szybko pobiegłam i zobaczyłam Susan!Która wpadła krzycząc:
-Yyy nie masz swoich chłopaków tylko musisz wykorzystywać mojego Maxsa!
-Sory powtórz bo nie usłyszałam...-odpowiedziałam wkurzona
-No kochanie nie wiesz,że Maxs to mój chłopak gdzie on jest mów bo jak nie
-Bo ja nie to cooo?!-krzyknęłam nie wytrzymując.I szarpiąc się razem z nią
-Bo ja nie to wyjdzie z tego awantura!
-Już jest co ty sobie myślisz,że jesteś ta najpiękniejsza i Maxs cię kocha?!
-Lucy tak jes-powiedziała odpychając mnie na chodnik przed dom
-Ty....-krzyknęłam kiedy wychodząc z domu trzymała Maxsa z rękę prowadząc go do jej samochodu. Wstając usłyszałam spalenie gumy w oponach.Próbując się nie załamać weszłam do domu i szybko pobiegłam na górę chowając się pod pościel w sypialni mamy i taty mówiąc:
-Dlaczego ja mu wierzyłam on mnie oszukał zwyczajny idiota tak jak wszyscy inni.-nie wierząc w to co się stało pięć minut temu zaczęłam płakać.Chociaż nie chciałam ale naprawdę mnie to zabolało bo czułam coś do Maxsa.Kochałam go a on mnie wystawił dla tej lafiryndy.TO NIESPRAWIEDLIWE KRZYKNĘŁAM WYCHODZĄC NA BALKON!
Po krótkim odpoczynku wstałam i skierowałam się po rzeczy do sprzątania domu.Jeszcze nie wiedziałam za co mam się zabrać,aż tu nagle Maxs rzucił do mnie szmatkę i zaczął mówić jak najęty:
-Nasze dzisiejsze prace to:
1.Posprzątać taras
2.Posprzątać wszystkie pokoje
3.Odkurzyć schody i wszystkie pomieszczenia
4.Umyć okna
5.Zrobić porządek w pokoju rodziców.
-To wszystko?-zapytałam wzdychając
-Tak wszystko
-No to na co czekamy bierzemy się do roboty-Zaczęliśmy od tarasu tam pozamiataliśmy.Poukładaliśmy na stoliku i inne rzeczy,żeby tylko miło się nam siedziało.Potem zaczęliśmy sprzątać salon wszystko zdejmować było niesamowitą poraszką już przy tym się zmęczyłam.Ale mój chłopak śmigał dalej jak jakiś bohater ratujący świat,aż tu nagle zadzwonił dzwonek do drzwi szybko pobiegłam i zobaczyłam Susan!Która wpadła krzycząc:
-Yyy nie masz swoich chłopaków tylko musisz wykorzystywać mojego Maxsa!
-Sory powtórz bo nie usłyszałam...-odpowiedziałam wkurzona
-No kochanie nie wiesz,że Maxs to mój chłopak gdzie on jest mów bo jak nie
-Bo ja nie to cooo?!-krzyknęłam nie wytrzymując.I szarpiąc się razem z nią
-Bo ja nie to wyjdzie z tego awantura!
-Już jest co ty sobie myślisz,że jesteś ta najpiękniejsza i Maxs cię kocha?!
-Lucy tak jes-powiedziała odpychając mnie na chodnik przed dom
-Ty....-krzyknęłam kiedy wychodząc z domu trzymała Maxsa z rękę prowadząc go do jej samochodu. Wstając usłyszałam spalenie gumy w oponach.Próbując się nie załamać weszłam do domu i szybko pobiegłam na górę chowając się pod pościel w sypialni mamy i taty mówiąc:-Dlaczego ja mu wierzyłam on mnie oszukał zwyczajny idiota tak jak wszyscy inni.-nie wierząc w to co się stało pięć minut temu zaczęłam płakać.Chociaż nie chciałam ale naprawdę mnie to zabolało bo czułam coś do Maxsa.Kochałam go a on mnie wystawił dla tej lafiryndy.TO NIESPRAWIEDLIWE KRZYKNĘŁAM WYCHODZĄC NA BALKON!
poniedziałek, 10 listopada 2014
sobota, 8 listopada 2014
Rozdział 36
Po skończonym spacerze Maxs odprowadził mnie do domu.Przytulając się do niego powiedziałam kilka słów które opisały ten dzień.A on odpowiedział:
-Ze względu na czas,miesiąc czy tam godzinę zawsze możesz na mnie liczyć Lucy.....Zawsze.-powiedział oddalając się wolnym krokiem a ja nie mogłam się powstrzymać i krzyknęłam:
-Maxs poczekaj!
-Co się stało skarbie?
-Wejdziesz?Jestem teraz sama w domu i nie wiem co robić nie ma rodziców nie ma z kim gadać
-No dobrze
-Dziękuję-powiedziałam stojąc na palcach i całując go w policzek.
-Nie ma za co.-mówił trzymając mnie na ręce.
Wchodząc do domu zdjęłam buty i popędziłam na górę umyć ręce i twarz.Po skończeniu zeszłam na dół i usiadłam obok mojego chłopaka.Mówiąc:
-To co oglądamy jakiś film?
-Nie może zagrasz coś na fortepianie?
-No dobrze ale teraz?
-Tak teraz-uśmiechnął się
-Dobrze-powiedziałam idąc pierwsza na strych.Kiedy już doszliśmy usiadłam na krzesełku i zaczęłam szukać jakieś piosenki odpowiedniej do nastroju zaczynając grać rozległ się krzyk:
-Lucy!Lucy gdzie jesteś?!
Usłyszałam głos Liama z dołu i szybko zeszłam myśląc czego on tu szuka o tej porze.Powiedział:
-Cześć co chcesz?
-Mogę u ciebie zanocować?
-Słucham?-odpowiedziałam zaskoczona
-No mogę chłopaków nie ma w domu a ja zapomniałem kluczy i nie mogę się dostać do środka
-Aaa nie masz jakiegoś kumpla?
-Yyy-powiedział zauważając Maxsa za mną
*Maxs*
-Siema Liam a co ty tu robisz?
-Eh to długa historia-wysyczał przygryzając wargi
-Taka długa,że musisz przychodzić do mojej dziewczyny i prosić o nocleg?!-krzyknął podchodząc do niego ze wściekłą miną,a ja...ja musiałam to jakoś przerwać bo jeszcze by się pobili
*Lucy*
-Stop,stop chłopcy-krzyknęłam
-Spokojnie Lucy nic nikomu się nie stanie tylko wyjdziemy na dwór pogadać jak facet z facetem
-Dobrze-powiedziałam do Maxsa a po chwili usłyszałam huk i poleciałam zobaczyć co to otwierając drzwi Liam miał cały zakrwawiony nos a Maxs wargę.Krzyknęłam:
-I co do cholery wyprawiacie jesteście bezmyślni włazić szybko do domu zaraz sobie pogadamy!
-Ale....-powiedzieli razem
Chłopacy usiedli na kanapie a ja ustałam na przeciwko nich mówiąc:
-I co to miało znaczyć?!
-Drobna sprzeczka
-Kurdę i to nazywacie drobną sprzeczką to coś wam się porąbało zachowujecie się jak barany.Znacie się od dzieciństwa.Jesteście przyjaciółmi,a przyjaciele tak nie postępują nie sądzicie?!
-Dobrze,już dobrze poniosło nas obydwoje-powiedział Maxs
-Właśnie widzę-powiedziałam biorąc wodę utlenioną i waciki
-Co będziesz robić?-zapytał Liam
-Leczyć wasze mózgi może coś pomoże ale nie sądzę
-Spokojnie Lucy już jest w porządku
-Zobaczymy
Wlewając na wacik wodę najpierw wytarłam rozciętą wargę Maxsowi,a potem drugiemu niezdarze.Mówiąc:
-Maxs daj klucze Liamowi do domu a ty zostaniesz dziś u mnie na noc.
-Dobrze.Już daje-odpowiedział wyciągając klucze w kieszeni.
Po skończonym spacerze Maxs odprowadził mnie do domu.Przytulając się do niego powiedziałam kilka słów które opisały ten dzień.A on odpowiedział:
-Ze względu na czas,miesiąc czy tam godzinę zawsze możesz na mnie liczyć Lucy.....Zawsze.-powiedział oddalając się wolnym krokiem a ja nie mogłam się powstrzymać i krzyknęłam:
-Maxs poczekaj!
-Co się stało skarbie?
-Wejdziesz?Jestem teraz sama w domu i nie wiem co robić nie ma rodziców nie ma z kim gadać
-No dobrze
-Dziękuję-powiedziałam stojąc na palcach i całując go w policzek.
-Nie ma za co.-mówił trzymając mnie na ręce.
Wchodząc do domu zdjęłam buty i popędziłam na górę umyć ręce i twarz.Po skończeniu zeszłam na dół i usiadłam obok mojego chłopaka.Mówiąc:
-To co oglądamy jakiś film?
-Nie może zagrasz coś na fortepianie?-Tak teraz-uśmiechnął się
-Dobrze-powiedziałam idąc pierwsza na strych.Kiedy już doszliśmy usiadłam na krzesełku i zaczęłam szukać jakieś piosenki odpowiedniej do nastroju zaczynając grać rozległ się krzyk:
-Lucy!Lucy gdzie jesteś?!
Usłyszałam głos Liama z dołu i szybko zeszłam myśląc czego on tu szuka o tej porze.Powiedział:
-Cześć co chcesz?
-Mogę u ciebie zanocować?
-Słucham?-odpowiedziałam zaskoczona
-No mogę chłopaków nie ma w domu a ja zapomniałem kluczy i nie mogę się dostać do środka
-Aaa nie masz jakiegoś kumpla?
-Yyy-powiedział zauważając Maxsa za mną
*Maxs*
-Siema Liam a co ty tu robisz?
-Eh to długa historia-wysyczał przygryzając wargi
-Taka długa,że musisz przychodzić do mojej dziewczyny i prosić o nocleg?!-krzyknął podchodząc do niego ze wściekłą miną,a ja...ja musiałam to jakoś przerwać bo jeszcze by się pobili
*Lucy*
-Stop,stop chłopcy-krzyknęłam
-Spokojnie Lucy nic nikomu się nie stanie tylko wyjdziemy na dwór pogadać jak facet z facetem
-Dobrze-powiedziałam do Maxsa a po chwili usłyszałam huk i poleciałam zobaczyć co to otwierając drzwi Liam miał cały zakrwawiony nos a Maxs wargę.Krzyknęłam:
-I co do cholery wyprawiacie jesteście bezmyślni włazić szybko do domu zaraz sobie pogadamy!
-Ale....-powiedzieli razem
Chłopacy usiedli na kanapie a ja ustałam na przeciwko nich mówiąc:
-I co to miało znaczyć?!
-Drobna sprzeczka
-Kurdę i to nazywacie drobną sprzeczką to coś wam się porąbało zachowujecie się jak barany.Znacie się od dzieciństwa.Jesteście przyjaciółmi,a przyjaciele tak nie postępują nie sądzicie?!
-Dobrze,już dobrze poniosło nas obydwoje-powiedział Maxs
-Właśnie widzę-powiedziałam biorąc wodę utlenioną i waciki
-Co będziesz robić?-zapytał Liam
-Leczyć wasze mózgi może coś pomoże ale nie sądzę
-Spokojnie Lucy już jest w porządku-Zobaczymy
Wlewając na wacik wodę najpierw wytarłam rozciętą wargę Maxsowi,a potem drugiemu niezdarze.Mówiąc:
-Maxs daj klucze Liamowi do domu a ty zostaniesz dziś u mnie na noc.
-Dobrze.Już daje-odpowiedział wyciągając klucze w kieszeni.
piątek, 7 listopada 2014
Rozdział 35 ....
Dochodząc na miejsce Maxs zakrył mi oczy i powiedział:
-Nie otwieraj do póki ci nie powiem
-Dobrze-mówiłam z uśmiechem na twarzy,myślałam co to za tajemnicze miejsce,że to niespodzianka.Kiedy chłopa powiedział JUŻ!Szybko otworzyłam oczy i ujrzałam: Moją całą rodzinę z Londynu.Przyjechała tu tylko dla tego,żeby być w tej chwili ze mną i mnie wspierać.Szybko podbiegłam do nich i zostałam bardzo mocno przytulona przez wszystkich tu obecnych.Powiedziałam:
-O boże przyjechaliście tu dla mnie prosto z Londynu Kocham Was!
-A my ciebie serduszko jak ty wyrosłaś,a co to za młodzieniec-powiedziała babcia
-Aaa właśnie to jest Maxs mój chłopak który jest teraz ze mną
-Oh,oh masz gust kochanie-powiedziała ciocia i wujek
-Hehe dziękuję-powiedziałam spoglądając na Maxsa który wydawał się trochę zawstydzony tą całą sytuacją.Ale nie wahałam się i poszłam go zawołać.
Kiedy podeszłam do niego powiedziałam:
-Chodź do nas pogadamy
-Nie,nie to twoja rodzina z którą nie widziałaś się ponad 3 lata ja już pójdę,żeby nie przeszkadzać...
-Przestań ty nie przeszkadzasz-uśmiechnęłam się i pociągnęłam go w stronę gdzie stali moi członkowie rodziny.
-Lucy a może pójdziemy na spacer?
-Wiesz dobry pomysł,a z rodziną pogadam troszkę później tylko pójdę i im powiem dobrze?
-Tak
Idąc w stronę mojej rodziny powiedziałam tylko,że idę teraz na spacer i pogadam z wszystkimi później w domu.A oni oczywiście nie mieli nic przeciwko tylko na koniec mnie wycałowali tak,że na dwóch policzkach miałam inną szminkę.....-Już jestem wyszeptałam na ucho mojemu chłopakowi Idąc sobie wieczorem przez aleje w parku przytuliłam się do niego,a on złapał mnie na rękę mówiąc:
-Co to by było za życie bez ciebie
Nic nie odpowiedziałam tylko uśmiechnęłam się do niego,a on puścił mi oczko.Teraz nie mogę go sobie wyobrazić jako złego człowieka którym kiedyś był do póki go nie poznałam.Chodził z dziewczynami których do dziś nienawidzę.A teraz jest ze mną to jakiś cud może...może mam szczęście.I to bardzo duże szczęście kocham go i nie chcę się z nim nigdy rozstać.Nie umiem sobie wyobrazić życia bez niego.
-Co ja bym bez ciebie zrobiła-powiedziałam cicho całując do centralnie w usta...Wtedy cały świat się zatrzymał czuć było tylko jego smak ust i ramiona przytulające mnie do siebie.Nadszedł koniec i powiedziałam:
-Kocham cię-Usłyszałam tylko -A JA CIEBIE BARDZIEJ <3
Dochodząc na miejsce Maxs zakrył mi oczy i powiedział:
-Nie otwieraj do póki ci nie powiem
-Dobrze-mówiłam z uśmiechem na twarzy,myślałam co to za tajemnicze miejsce,że to niespodzianka.Kiedy chłopa powiedział JUŻ!Szybko otworzyłam oczy i ujrzałam: Moją całą rodzinę z Londynu.Przyjechała tu tylko dla tego,żeby być w tej chwili ze mną i mnie wspierać.Szybko podbiegłam do nich i zostałam bardzo mocno przytulona przez wszystkich tu obecnych.Powiedziałam:
-O boże przyjechaliście tu dla mnie prosto z Londynu Kocham Was!
-A my ciebie serduszko jak ty wyrosłaś,a co to za młodzieniec-powiedziała babcia
-Aaa właśnie to jest Maxs mój chłopak który jest teraz ze mną
-Oh,oh masz gust kochanie-powiedziała ciocia i wujek
-Hehe dziękuję-powiedziałam spoglądając na Maxsa który wydawał się trochę zawstydzony tą całą sytuacją.Ale nie wahałam się i poszłam go zawołać.Kiedy podeszłam do niego powiedziałam:
-Chodź do nas pogadamy
-Nie,nie to twoja rodzina z którą nie widziałaś się ponad 3 lata ja już pójdę,żeby nie przeszkadzać...
-Przestań ty nie przeszkadzasz-uśmiechnęłam się i pociągnęłam go w stronę gdzie stali moi członkowie rodziny.
-Lucy a może pójdziemy na spacer?
-Wiesz dobry pomysł,a z rodziną pogadam troszkę później tylko pójdę i im powiem dobrze?
-Tak
Idąc w stronę mojej rodziny powiedziałam tylko,że idę teraz na spacer i pogadam z wszystkimi później w domu.A oni oczywiście nie mieli nic przeciwko tylko na koniec mnie wycałowali tak,że na dwóch policzkach miałam inną szminkę.....-Już jestem wyszeptałam na ucho mojemu chłopakowi Idąc sobie wieczorem przez aleje w parku przytuliłam się do niego,a on złapał mnie na rękę mówiąc:
-Co to by było za życie bez ciebie
Nic nie odpowiedziałam tylko uśmiechnęłam się do niego,a on puścił mi oczko.Teraz nie mogę go sobie wyobrazić jako złego człowieka którym kiedyś był do póki go nie poznałam.Chodził z dziewczynami których do dziś nienawidzę.A teraz jest ze mną to jakiś cud może...może mam szczęście.I to bardzo duże szczęście kocham go i nie chcę się z nim nigdy rozstać.Nie umiem sobie wyobrazić życia bez niego.-Co ja bym bez ciebie zrobiła-powiedziałam cicho całując do centralnie w usta...Wtedy cały świat się zatrzymał czuć było tylko jego smak ust i ramiona przytulające mnie do siebie.Nadszedł koniec i powiedziałam:
-Kocham cię-Usłyszałam tylko -A JA CIEBIE BARDZIEJ <3
czwartek, 6 listopada 2014
Rozdział 34
Po pogrzebie kierując się do wyjścia.Maxs krzyknął:
-Lucy zaczekaj
-Tak-powiedziałam zatrzymując się
-Odprowadzić cię do domu?
-Nie wolę pobyć sama...
-Aaa no dobrze jak chcesz-uśmiechnął się i poszedł w przeciwną stronę
Idąc chodnikiem widziałam bawiące się dzieci z rodzicami.Więc postanowiłam iść na plac i usiądź na huśtawce.Aż jakaś dziewczynka przybiegła i zaczęła bujać się na drugiej huśtawce.Po nie całych pięciu minutach zeszła bo mama i tata wołali ją do domu.Zostałam sama patrząc się jak pewna rodzina znika na zakręcie.
-Ja już dłużej nie mogę straciłam rodziców jestem zła,smutna na cały świat!- Biegłam w stronę firmy mojego taty jak oszalała kiedy doszłam szybko wbiegłam po schodach do jego gabinetu i otworzyłam okno.Znajdując się na zewnątrz myślałam tylko o tym,czy zostać tu czy skoczyć z tego 5 piętra i być na górze razem z moimi rodzicami których kocham i będę kochać nad życie.Moje serce biło bardzo głośno aż tu nagle wpadł roztrzęsiony Maxs który złapał mnie za rękę w ostatniej chwili i przeciągnął do środka mówiąc:
-Dziewczyno oszalałaś!
-Maxs puść mnie nie chcę już tu być chcę do rodziców tęsknię za nim!-krzyknęłam na niego donośnym głosem
-Lucy nie poznaje cię uspokój się i porozmawiaj ze mną nie chcę cię stracić rozumiesz!
-Ale ja tęsknię za rodzicami-ustałam płacząc na jego ramieniu
-Spokojnie słońce bądź dzielna na pewno się jakoś wszystko ułoży a teraz chodź ze mną z tej cholernej firmy i nie myśl już o tym błagam-powiedział jednocześnie całując mnie w czoło.
-Dziękuję kocham cię nie wiem co by teraz bez ciebie było
-Nie myśl już o tym błagam.
-No dobrze to idziemy?
-Tak pójdziemy gdzieś na spacer a potem do mnie na kolacje co ty na to?
-Dobrze a nie będę przeszkadzać?
-Ty przeszkadzać wiesz co-roześmiał się
-No co może twoja mama lub tata są zajęci
-Nie,nie są nie martw się o to oni cię lubią jak własną córkę więc nie jesteś dla nich przeszkodą do pracy zobaczysz moja mama ci zrobi masę jedzenia,żebyś nie była głodna tata ci poopowiada swoje dziwne naukowe historie a ty będziesz tylko tym zanudzona więc sama widzisz
-Aha już się boję-roześmiałam się i poszłam razem z
Maxsem.
Idąc tak zapytałam:
-A gdzie idziemy?
-Aaa zobaczysz-uśmiechnął się i poszedł dalej a ja podbiegłam za nim i zaczęłam pytać dalej:
-No dobra a chociaż powiesz jakiś szczegół?
-Nie wszystkiego się dowiesz kiedy dojedziemy na miejsce.
-Oh no dobraa-powiedziałam idąc dalej za nim
Po pogrzebie kierując się do wyjścia.Maxs krzyknął:
-Lucy zaczekaj
-Tak-powiedziałam zatrzymując się
-Odprowadzić cię do domu?
-Nie wolę pobyć sama...
-Aaa no dobrze jak chcesz-uśmiechnął się i poszedł w przeciwną stronę
Idąc chodnikiem widziałam bawiące się dzieci z rodzicami.Więc postanowiłam iść na plac i usiądź na huśtawce.Aż jakaś dziewczynka przybiegła i zaczęła bujać się na drugiej huśtawce.Po nie całych pięciu minutach zeszła bo mama i tata wołali ją do domu.Zostałam sama patrząc się jak pewna rodzina znika na zakręcie.
-Ja już dłużej nie mogę straciłam rodziców jestem zła,smutna na cały świat!- Biegłam w stronę firmy mojego taty jak oszalała kiedy doszłam szybko wbiegłam po schodach do jego gabinetu i otworzyłam okno.Znajdując się na zewnątrz myślałam tylko o tym,czy zostać tu czy skoczyć z tego 5 piętra i być na górze razem z moimi rodzicami których kocham i będę kochać nad życie.Moje serce biło bardzo głośno aż tu nagle wpadł roztrzęsiony Maxs który złapał mnie za rękę w ostatniej chwili i przeciągnął do środka mówiąc:
-Dziewczyno oszalałaś!
-Maxs puść mnie nie chcę już tu być chcę do rodziców tęsknię za nim!-krzyknęłam na niego donośnym głosem
-Lucy nie poznaje cię uspokój się i porozmawiaj ze mną nie chcę cię stracić rozumiesz!
-Ale ja tęsknię za rodzicami-ustałam płacząc na jego ramieniu
-Spokojnie słońce bądź dzielna na pewno się jakoś wszystko ułoży a teraz chodź ze mną z tej cholernej firmy i nie myśl już o tym błagam-powiedział jednocześnie całując mnie w czoło.
-Dziękuję kocham cię nie wiem co by teraz bez ciebie było
-Nie myśl już o tym błagam.
-No dobrze to idziemy?
-Tak pójdziemy gdzieś na spacer a potem do mnie na kolacje co ty na to?
-Dobrze a nie będę przeszkadzać?
-Ty przeszkadzać wiesz co-roześmiał się
-No co może twoja mama lub tata są zajęci
-Nie,nie są nie martw się o to oni cię lubią jak własną córkę więc nie jesteś dla nich przeszkodą do pracy zobaczysz moja mama ci zrobi masę jedzenia,żebyś nie była głodna tata ci poopowiada swoje dziwne naukowe historie a ty będziesz tylko tym zanudzona więc sama widzisz
-Aha już się boję-roześmiałam się i poszłam razem zMaxsem.
Idąc tak zapytałam:
-A gdzie idziemy?
-Aaa zobaczysz-uśmiechnął się i poszedł dalej a ja podbiegłam za nim i zaczęłam pytać dalej:
-No dobra a chociaż powiesz jakiś szczegół?
-Nie wszystkiego się dowiesz kiedy dojedziemy na miejsce.
-Oh no dobraa-powiedziałam idąc dalej za nim
środa, 5 listopada 2014
Rozdział 33 ....
Po skończeniu piosenki wstałam i skierowałam się do ławki na której siedziała moja rodzina.Łzy leciały mi jedna po drugiej ale myślałam tylko o tym:Czy moi rodzice widzieli mnie kiedy grałam.
-Piosenkę tę Lucy przekazała swoim rodzicom-usłyszałam siedząc i patrząc w stronę okna.
Uśmiechnęłam się do naszego księdza i opuściłam głowę na dół,aż puknął mnie Lucas,żeby się rozweseliła chociaż to nie pomagało.
-Teraz skierujemy się na cmentarz pochować państwa Golder -powiedział ksiądz i wyszedł pierwszy
Po nim poszli moi koledzy i koleżanki a ja wyszłam ostatnia.Po dojściu na miejsce przedostałam się przez tłum ludzi i doszłam do Maxsa.Który patrzył na mnie z przykrością ale widziałam,że chcę mnie pocieszyć,aż złapał mnie za rękę kiedy się zaczęło...
*Na pogrzebie* .....
Drodzy tu zgromadzeni przyszliśmy tu aby pomodlić się za ludzi którzy niestety zginęli w taki,a nie inny sposób,.Była to rodzina bardzo kochająca się.Powinni jeszcze żyć ale miejmy nadzieję,że na tamtym świecie też będzie im dobrze.Ja państwa Golder znam od ich dzieciństwa byli to wspaniali ludzie którym przydarzyło się nieszczęście i jak widać musiało tak się to stać jak się stało.Teraz stoimy tu nad nimi i patrzymy nie dowierzając w to co się stało.Bardzo współczuję panience Lucy która została bez rodziców których na pewno bardzo kochała i szanowała.Teraz musi być dzielna i żyć jakoś dalej reszta ułoży się jakoś sama.Współczuję całej waszej rodzinie bo wiem co to znaczy stracić najukochańszą osobę w życiu.

Po słowach księdza patrzyłam na to jak zakopują trumny w wielkim dole.Nie mogłam się pogodzić z tym co się dzieje teraz z moim życiem.Zaczęłam płakać.Ale chłopak który zawsze przy mnie był i mnie pocieszał przytulił mnie mocno i pocałował w głowę.Mówiąc:
-Nie płacz zawsze możesz liczyć na moją pomoc
Po skończeniu piosenki wstałam i skierowałam się do ławki na której siedziała moja rodzina.Łzy leciały mi jedna po drugiej ale myślałam tylko o tym:Czy moi rodzice widzieli mnie kiedy grałam.
-Piosenkę tę Lucy przekazała swoim rodzicom-usłyszałam siedząc i patrząc w stronę okna.
Uśmiechnęłam się do naszego księdza i opuściłam głowę na dół,aż puknął mnie Lucas,żeby się rozweseliła chociaż to nie pomagało.
-Teraz skierujemy się na cmentarz pochować państwa Golder -powiedział ksiądz i wyszedł pierwszy
Po nim poszli moi koledzy i koleżanki a ja wyszłam ostatnia.Po dojściu na miejsce przedostałam się przez tłum ludzi i doszłam do Maxsa.Który patrzył na mnie z przykrością ale widziałam,że chcę mnie pocieszyć,aż złapał mnie za rękę kiedy się zaczęło...
*Na pogrzebie* .....
Drodzy tu zgromadzeni przyszliśmy tu aby pomodlić się za ludzi którzy niestety zginęli w taki,a nie inny sposób,.Była to rodzina bardzo kochająca się.Powinni jeszcze żyć ale miejmy nadzieję,że na tamtym świecie też będzie im dobrze.Ja państwa Golder znam od ich dzieciństwa byli to wspaniali ludzie którym przydarzyło się nieszczęście i jak widać musiało tak się to stać jak się stało.Teraz stoimy tu nad nimi i patrzymy nie dowierzając w to co się stało.Bardzo współczuję panience Lucy która została bez rodziców których na pewno bardzo kochała i szanowała.Teraz musi być dzielna i żyć jakoś dalej reszta ułoży się jakoś sama.Współczuję całej waszej rodzinie bo wiem co to znaczy stracić najukochańszą osobę w życiu.

Po słowach księdza patrzyłam na to jak zakopują trumny w wielkim dole.Nie mogłam się pogodzić z tym co się dzieje teraz z moim życiem.Zaczęłam płakać.Ale chłopak który zawsze przy mnie był i mnie pocieszał przytulił mnie mocno i pocałował w głowę.Mówiąc:
-Nie płacz zawsze możesz liczyć na moją pomoc
wtorek, 4 listopada 2014
Rozdział 32
Obudziłam się nad ranem,ale sama na łóżku przykryta pierzyną.Zerwałam się z niego i poszłam poszukać Maxsa.krzyknęłam raz...drugi..ale nie dostawałam odpowiedzi,aż tu nagle odwróciłam się w stronę kuchni i zobaczyłam Maxsa powiedziałam:
-Cześć-uśmiechając się do niego
-Hej już wstałaś?
-Tak chcesz coś jeść?
-Yy ale ja już przygotowałam śniadanie leży na stole
-Aaaa-podeszłam do stołu w salonie i zaczęłam jeść placuszki z jabłkiem były pyszne mój chłopak miał talent do gotowania.Uśmiechnęłam się do niego kiedy skończyłam i powiedziałam:
-Ja muszę iść już się szykować na pogrzeb.
-Dobrze to ja też pójdę do domu się uszykować
-Na razie do zobaczenia za godzinę
-Papa-odpowiedział i poszedł
Weszłam do swojego pokoju i otworzyłam szafę leżały w niej miliony sukienek ale ja nie miałam tej jedynej na dzisiejszą uroczystość.Aż w końcu znalazłam sukienkę odpowiednią.Wyszłam z pokoju do łazienki i podeszłam do lusterka rozpuściłam włosy i lekko polokowałam umalowałam usta błyszczykiem.A na oczach zrobiłam kocie kreski.Leciutko pomalowałam powieki.I wyszłam z pomieszczenia kierując się do drzwi.Po drodze wzięłam małą torebeczkę.Założyłam buty i wyszłam idąc drogą do kościoła,aż ktoś mnie zaczepił byli to moi przyjaciele z którymi nie widziałam się od czasu zakończenia roku.Powiedziałam:
-Hej kochani gdzie idziecie?
-My dotrzymać ci towarzystwa na pogrzebie.
-Skąd wiecie?
-Od Maxsa.
-Powiedział wam?
-Tak ale nie martw się możesz na nas liczyć-przytulili mnie i lekko pogładzili po włosach.
-Dziękuję wam za to,że jesteście kocham was bardzo mocno.
-My też cie kochamy!
Po skończeniu rozmowy poszliśmy szybko do kościoła,żeby się nie spóźnić było tam bardzo dużo osób ale prawie nikt nie z mojej rodziny pomyślałam:On nic nie wiedzą tylko ciocia.ciocia czyli mama Lucasa i wujek.Reszta to moi znajomi ze szkoły bardzo mnie to dziwi,że wszyscy tu przyszli nawet zespół Maxsa przyszedł dla towarzystwa.Ten dzień jest dla mnie bardzo straszny pomyślałam siadając w pierwszej ławce obok Lucasa i innych członków rodziny tu zgromadzonych.Siadając do ławki zobaczyłam przebijające się przez szybę promienie słoneczne i poczułam,że tuz obok jest mama i tata.No i się zaczęło ksiądz przyszedł i zaczął mówić,aż poprosił mnie do przemowy wstałam i podeszłam.Czytając poczułam łzy na policzku ale podniosłam głowę do góry i zaczęłam:
Zgromadziliśmy się tu tej....
Aby pomodlić się za moich najukochańszych rodziców.Którzy byli ze mną zawsze kiedy ich potrzebowałam obok siebie...Mam nadzieje,że spoczywają spokojnie już gdzieś tam u góry,a także mam nadzieje,że są razem zemną i patrzą na mnie nawet w tej chwili.Bardzo ich kochałam i nie wiem co teraz bez nich będzie jestem dopiero siedemnastolatką,a co tu mówić o życiu bez rodziców nie wiem jeszcze co się stanie w przyszłości czy będę pracować czy będę chodzić jednak jeszcze do szkoły,a może zamieszkam z rodziną zastępczą.Mam wielką nadzieje,że dam sobie jakoś radę i będę dzielną dziewczyną tak jak do tej pory.Mam bardzo kochanych przyjaciół,rodzinę,chłopaka a także znajomych ze szkoły i kiedy do nich się zwracam zawsze są mi na pomoc.Kocham moich rodziców ze względu,że są już na innym świecie kocham was za to,że tu ze mną jesteście i pomagacie mi w tej trudnej dla mnie sytuacji.A teraz chciałbym jeszcze zagrać na fortepianie piosenkę którą zaczęła moja mama,a ja ją skończyłam...
Zaczynając grać zamknęłam oczy i pomyślałam o rodzicach i moim dzieciństwie z nimi od razu mi się ukazali jak biegali ze mną po łące z kwiatami a ja byłam taka szczęśliwa.Po tym zaczęłam grać.I śpiewać....
******************
Love will remember you,
And love will remember me,
I know it inside my heart,
Forever will, forever be ours,
Even if we try to forget,
Love will remember
Obudziłam się nad ranem,ale sama na łóżku przykryta pierzyną.Zerwałam się z niego i poszłam poszukać Maxsa.krzyknęłam raz...drugi..ale nie dostawałam odpowiedzi,aż tu nagle odwróciłam się w stronę kuchni i zobaczyłam Maxsa powiedziałam:
-Cześć-uśmiechając się do niego
-Hej już wstałaś?
-Tak chcesz coś jeść?
-Yy ale ja już przygotowałam śniadanie leży na stole
-Aaaa-podeszłam do stołu w salonie i zaczęłam jeść placuszki z jabłkiem były pyszne mój chłopak miał talent do gotowania.Uśmiechnęłam się do niego kiedy skończyłam i powiedziałam:
-Ja muszę iść już się szykować na pogrzeb.
-Dobrze to ja też pójdę do domu się uszykować-Na razie do zobaczenia za godzinę
-Papa-odpowiedział i poszedł
Weszłam do swojego pokoju i otworzyłam szafę leżały w niej miliony sukienek ale ja nie miałam tej jedynej na dzisiejszą uroczystość.Aż w końcu znalazłam sukienkę odpowiednią.Wyszłam z pokoju do łazienki i podeszłam do lusterka rozpuściłam włosy i lekko polokowałam umalowałam usta błyszczykiem.A na oczach zrobiłam kocie kreski.Leciutko pomalowałam powieki.I wyszłam z pomieszczenia kierując się do drzwi.Po drodze wzięłam małą torebeczkę.Założyłam buty i wyszłam idąc drogą do kościoła,aż ktoś mnie zaczepił byli to moi przyjaciele z którymi nie widziałam się od czasu zakończenia roku.Powiedziałam:
-Hej kochani gdzie idziecie?
-My dotrzymać ci towarzystwa na pogrzebie.
-Skąd wiecie?
-Od Maxsa.
-Powiedział wam?
-Tak ale nie martw się możesz na nas liczyć-przytulili mnie i lekko pogładzili po włosach.
-Dziękuję wam za to,że jesteście kocham was bardzo mocno.
-My też cie kochamy!
Po skończeniu rozmowy poszliśmy szybko do kościoła,żeby się nie spóźnić było tam bardzo dużo osób ale prawie nikt nie z mojej rodziny pomyślałam:On nic nie wiedzą tylko ciocia.ciocia czyli mama Lucasa i wujek.Reszta to moi znajomi ze szkoły bardzo mnie to dziwi,że wszyscy tu przyszli nawet zespół Maxsa przyszedł dla towarzystwa.Ten dzień jest dla mnie bardzo straszny pomyślałam siadając w pierwszej ławce obok Lucasa i innych członków rodziny tu zgromadzonych.Siadając do ławki zobaczyłam przebijające się przez szybę promienie słoneczne i poczułam,że tuz obok jest mama i tata.No i się zaczęło ksiądz przyszedł i zaczął mówić,aż poprosił mnie do przemowy wstałam i podeszłam.Czytając poczułam łzy na policzku ale podniosłam głowę do góry i zaczęłam:
Zgromadziliśmy się tu tej....
Aby pomodlić się za moich najukochańszych rodziców.Którzy byli ze mną zawsze kiedy ich potrzebowałam obok siebie...Mam nadzieje,że spoczywają spokojnie już gdzieś tam u góry,a także mam nadzieje,że są razem zemną i patrzą na mnie nawet w tej chwili.Bardzo ich kochałam i nie wiem co teraz bez nich będzie jestem dopiero siedemnastolatką,a co tu mówić o życiu bez rodziców nie wiem jeszcze co się stanie w przyszłości czy będę pracować czy będę chodzić jednak jeszcze do szkoły,a może zamieszkam z rodziną zastępczą.Mam wielką nadzieje,że dam sobie jakoś radę i będę dzielną dziewczyną tak jak do tej pory.Mam bardzo kochanych przyjaciół,rodzinę,chłopaka a także znajomych ze szkoły i kiedy do nich się zwracam zawsze są mi na pomoc.Kocham moich rodziców ze względu,że są już na innym świecie kocham was za to,że tu ze mną jesteście i pomagacie mi w tej trudnej dla mnie sytuacji.A teraz chciałbym jeszcze zagrać na fortepianie piosenkę którą zaczęła moja mama,a ja ją skończyłam...Zaczynając grać zamknęłam oczy i pomyślałam o rodzicach i moim dzieciństwie z nimi od razu mi się ukazali jak biegali ze mną po łące z kwiatami a ja byłam taka szczęśliwa.Po tym zaczęłam grać.I śpiewać....
******************
Love will remember you,
And love will remember me,
I know it inside my heart,
Forever will, forever be ours,
Even if we try to forget,
Love will remember
poniedziałek, 3 listopada 2014
Rozdział 31
Kiedy dobiegłam do wszystkich powiedziałam tylko cześć i poszłam po konia.Ale zatrzymał mnie krzyczący i biegnący za mną Maxs powiedział:
-Lucy poczekaj co się stało?
-Nic nie ważne muszę już....do...domu bo jutro muszę na pogrzeb rodziców,a to dla mnie ważne-powiedział nie pewnie i uciekłam
-Lucy nie poczekaj pojadę z tobą jest już ciemno i jeszcze coś ci się stanie.
-No ale nie musisz...
-Ale chcę-uśmiechnął się i poszedł też po konia
Jadąc drogą leśną usłyszeliśmy jakieś dziwne dźwięki nie wiedzą jeszcze co to jechaliśmy dalej aż tu nagle błysnęło się raz..i...drugi,aż w lesie zrobiło się bardzo jasno w jednej chwili myślałam,że ktoś nas obserwuje:
-Ale grzmi tylko deszczu brakuje
-Nooo....już nie...chcę ...deszczu...już i tak się boję
-Boisz się?
-Tak zawsze bałam się burzy a najbardziej błyskawic.
-To wsiadaj do mnie na konia pojedziemy razem.
-Ale mój Granit...
-Twój GRANIT pojedzie za nami lub przed
-No dobra.
-To wsiadaj i się trzymaj mocno
Wsiadając na konia Maxsa o mało nie spadłam ale on złapał mnie w ostatniej sekundzie i zapytał czy nic się nie stało? Odpowiedział,że wszystko w porządku nie ma co się martwić,Już kiedy wsiadłam na konia całkiem objęłam się Maxsa i pojechaliśmy.Prawie dojechaliśmy,aż tu nagle błyskawica strzeliła obok nas bardzo się przestraszyłam i przytuliłam się jeszcze bardziej do mojego chłopaka zamykając oczy,powiedział:
-Nie bój się już niedaleko
-No wiem ale jeszcze muszę przejść do domu.
-Ale sama nie pójdziesz idę z tobą za bardzo się o ciebie boję.Schodząc z konia na niebie pojawiła się bardzo duża błyskawica.Kiedy się patrzyłam aż ustało mi serce ze strachu.Idąc w stronę domu z Maxsem zastaliśmy deszcz krzyknęłam:
-No jeszcze tego brakowało ej no to przez ciebie wykrakałeś wiesz co
-No widzisz powinienem stać się pogodynką-roześmiał się a ja dołączyłam do niego.
*15 MINUT PÓŹNIEJ*
-No nareszcie domek wezmę teraz kąpiel i idę spać bo jutro pogrzeb którego się bardzo boję a może pójdziesz ze mną?
-Dobrze,ok ja tez uciekam bo już i tak zmokłem
-Yyy a może wejdziesz-powiedziałam niepewna siebie
-A mogę nie będę oczywiście siedział całą noc chociaż do pory kiedy przestanie tak ostro padać
-Ok siedź ile chcesz,ale ja niestety muszę się wyspać na jutro.
-Rozumiem
-To chodź bo stoimy i mokniemy niepotrzebnie
-No też Fakt-uśmiechnął się i wpuścił mnie pierwszą.
Wchodząc do domu zdejmowaliśmy jak najszybciej kurtki i ja poszłam do łazienki się umyć a Maxs usiadł sobie w pokoju i oglądał telewizję.Najpierw pobiegłam do pokoju po piżamę i wzięłam cienką koszulę i dresowe spodenki.Weszłam do łazienki i ustałam obok umywalki rozczesać włosy po czym zdjęłam mokre ubrania z siebie i weszłam pod prysznic.......Po wejść umyłam dokładnie ciało i włosy.Wyszłam z kabiny i wzięłam ręcznik wytarłam się dokładnie a potem wysuszyłam włosy delikatnie zaplątałam sobie warkoczyk.I ubrałam piżamy.Zeszłam na dół i po woli podeszłam do fotela na którym siedział Maxs,a on złapał mnie za nogi aż wylądowałam na jego kolanach nie próbowałam uciekać.I usiadłam sobie swobodnie w jego objęciach.Oglądając film przytuliłam się do niego i pocałowałam w policzek a on odwzajemnił to.Aż zasnęłam
Kiedy dobiegłam do wszystkich powiedziałam tylko cześć i poszłam po konia.Ale zatrzymał mnie krzyczący i biegnący za mną Maxs powiedział:
-Lucy poczekaj co się stało?
-Nic nie ważne muszę już....do...domu bo jutro muszę na pogrzeb rodziców,a to dla mnie ważne-powiedział nie pewnie i uciekłam
-Lucy nie poczekaj pojadę z tobą jest już ciemno i jeszcze coś ci się stanie.
-No ale nie musisz...
-Ale chcę-uśmiechnął się i poszedł też po konia
Jadąc drogą leśną usłyszeliśmy jakieś dziwne dźwięki nie wiedzą jeszcze co to jechaliśmy dalej aż tu nagle błysnęło się raz..i...drugi,aż w lesie zrobiło się bardzo jasno w jednej chwili myślałam,że ktoś nas obserwuje:
-Ale grzmi tylko deszczu brakuje
-Nooo....już nie...chcę ...deszczu...już i tak się boję
-Boisz się?
-Tak zawsze bałam się burzy a najbardziej błyskawic.-To wsiadaj do mnie na konia pojedziemy razem.
-Ale mój Granit...
-Twój GRANIT pojedzie za nami lub przed
-No dobra.
-To wsiadaj i się trzymaj mocno
Wsiadając na konia Maxsa o mało nie spadłam ale on złapał mnie w ostatniej sekundzie i zapytał czy nic się nie stało? Odpowiedział,że wszystko w porządku nie ma co się martwić,Już kiedy wsiadłam na konia całkiem objęłam się Maxsa i pojechaliśmy.Prawie dojechaliśmy,aż tu nagle błyskawica strzeliła obok nas bardzo się przestraszyłam i przytuliłam się jeszcze bardziej do mojego chłopaka zamykając oczy,powiedział:
-Nie bój się już niedaleko
-No wiem ale jeszcze muszę przejść do domu.
-Ale sama nie pójdziesz idę z tobą za bardzo się o ciebie boję.Schodząc z konia na niebie pojawiła się bardzo duża błyskawica.Kiedy się patrzyłam aż ustało mi serce ze strachu.Idąc w stronę domu z Maxsem zastaliśmy deszcz krzyknęłam:-No jeszcze tego brakowało ej no to przez ciebie wykrakałeś wiesz co
-No widzisz powinienem stać się pogodynką-roześmiał się a ja dołączyłam do niego.
*15 MINUT PÓŹNIEJ*
-No nareszcie domek wezmę teraz kąpiel i idę spać bo jutro pogrzeb którego się bardzo boję a może pójdziesz ze mną?
-Dobrze,ok ja tez uciekam bo już i tak zmokłem
-Yyy a może wejdziesz-powiedziałam niepewna siebie
-A mogę nie będę oczywiście siedział całą noc chociaż do pory kiedy przestanie tak ostro padać
-Ok siedź ile chcesz,ale ja niestety muszę się wyspać na jutro.
-Rozumiem
-To chodź bo stoimy i mokniemy niepotrzebnie
-No też Fakt-uśmiechnął się i wpuścił mnie pierwszą.
Wchodząc do domu zdejmowaliśmy jak najszybciej kurtki i ja poszłam do łazienki się umyć a Maxs usiadł sobie w pokoju i oglądał telewizję.Najpierw pobiegłam do pokoju po piżamę i wzięłam cienką koszulę i dresowe spodenki.Weszłam do łazienki i ustałam obok umywalki rozczesać włosy po czym zdjęłam mokre ubrania z siebie i weszłam pod prysznic.......Po wejść umyłam dokładnie ciało i włosy.Wyszłam z kabiny i wzięłam ręcznik wytarłam się dokładnie a potem wysuszyłam włosy delikatnie zaplątałam sobie warkoczyk.I ubrałam piżamy.Zeszłam na dół i po woli podeszłam do fotela na którym siedział Maxs,a on złapał mnie za nogi aż wylądowałam na jego kolanach nie próbowałam uciekać.I usiadłam sobie swobodnie w jego objęciach.Oglądając film przytuliłam się do niego i pocałowałam w policzek a on odwzajemnił to.Aż zasnęłam
niedziela, 2 listopada 2014
Rozdział 30
Idąc w stronę 1D zobaczyłam,że rozpalają ognisko.O super-pomyślałam
-To najfajniejsze urodziny w dziejach-uśmiechnęłam się do Maxsa
-Ciesze się słyszałem o rodzicach
-Aaa no wiem niestety bardzo mi smutno.Ale muszę iść dalej
-I prawidłowo życie nie kończy się katastrofą Pamiętaj głowa do góry i idź dalej.
-Dziękuję-powiedziałam kładąc się na jego ramię.
-Nie ma za co po to tu jestem,żeby cię pocieszać-uśmiechnął się
Uwaga,uwaga idą dwa zakochańce krzykną Zayn,a ja się roześmiałam.
-Macie pianki?
-Do czego?
-Do pieczenia na ognisku.
-Aaa mamy-roześmiał się Louis
-To wyciągamy i pieczemy a gdzie Liam?
-Poszedł gdzieś chyba w tamtą stronę
-To ja po niego pójdę-powiedziałam i pobiegłam go zawołać
-Liam!Liam!-krzyknęłam jeden..drugi..raz i nic
-Liam!Jesteś!?
-Lucy a ty co tu robisz?
-Ja cię szukam-powiedziałam siadając obok niego na brzegu jeziora..
-Aha.
-A ty czemu jesteś taki nie w humorze?
-No bo..Nie ważne
-Ważne mów mi tutaj..
-Mój przyjaciel ma szczęście w miłości a ja nie.
-Który Niall?
-Nie Maxs
-On ma jeszcze inna laskę o nie tak to nie będzie idę z nim pogadać
-Nie Lucy poczekaj to nie o inną chodzi to chodzi o ciebie jesteś piękną,inteligentną dziewczyną
-O mój boże ty próbujesz mi powiedzieć,że się zakochałeś?
-No...Tak...Jakby....Ale nie uważasz mnie teraz za jakiegoś drania?
-Nie spokojnie ale nie możemy być razem przecież o tym dobrze wiesz ja kocham Maxsa to jest mój chłopak.Nie mogę go zdradzić.
-Wiem przepraszam.Poniosło mnie
-Nie spokojnie
Wstając i nie widząc,że jestem twarzą w twarz z Liamem on nie wytrzymał dłużej i pocałował mnie prosto w usta.Niestety nie mogłam oderwać się od niego bo objął mnie z tyłu.A ja położyłam mu ręcę na szyi ale pomyślałam: Co ja wyprawiam przecież kocham Maxsa nie Liama.
Oderwałam się od niego i uciekłam...
Idąc w stronę 1D zobaczyłam,że rozpalają ognisko.O super-pomyślałam
-To najfajniejsze urodziny w dziejach-uśmiechnęłam się do Maxsa
-Ciesze się słyszałem o rodzicach
-Aaa no wiem niestety bardzo mi smutno.Ale muszę iść dalej
-I prawidłowo życie nie kończy się katastrofą Pamiętaj głowa do góry i idź dalej.
-Dziękuję-powiedziałam kładąc się na jego ramię.
-Nie ma za co po to tu jestem,żeby cię pocieszać-uśmiechnął się
Uwaga,uwaga idą dwa zakochańce krzykną Zayn,a ja się roześmiałam.-Macie pianki?
-Do czego?
-Do pieczenia na ognisku.
-Aaa mamy-roześmiał się Louis
-To wyciągamy i pieczemy a gdzie Liam?
-Poszedł gdzieś chyba w tamtą stronę
-To ja po niego pójdę-powiedziałam i pobiegłam go zawołać
-Liam!Liam!-krzyknęłam jeden..drugi..raz i nic
-Liam!Jesteś!?
-Lucy a ty co tu robisz?
-Ja cię szukam-powiedziałam siadając obok niego na brzegu jeziora..
-Aha.
-A ty czemu jesteś taki nie w humorze?
-No bo..Nie ważne
-Ważne mów mi tutaj..
-Mój przyjaciel ma szczęście w miłości a ja nie.
-Który Niall?
-Nie Maxs
-On ma jeszcze inna laskę o nie tak to nie będzie idę z nim pogadać
-Nie Lucy poczekaj to nie o inną chodzi to chodzi o ciebie jesteś piękną,inteligentną dziewczyną
-O mój boże ty próbujesz mi powiedzieć,że się zakochałeś?
-No...Tak...Jakby....Ale nie uważasz mnie teraz za jakiegoś drania?
-Nie spokojnie ale nie możemy być razem przecież o tym dobrze wiesz ja kocham Maxsa to jest mój chłopak.Nie mogę go zdradzić.
-Wiem przepraszam.Poniosło mnie-Nie spokojnie
Wstając i nie widząc,że jestem twarzą w twarz z Liamem on nie wytrzymał dłużej i pocałował mnie prosto w usta.Niestety nie mogłam oderwać się od niego bo objął mnie z tyłu.A ja położyłam mu ręcę na szyi ale pomyślałam: Co ja wyprawiam przecież kocham Maxsa nie Liama.
Oderwałam się od niego i uciekłam...
Rozdział 29 ....
Patrzyłam na niebo dobre dwie minuty,aż tu nagle usłyszałam głos z tyłu.
-Lucy?
-Tak
-Pamiętasz mnie Veronika chodziliśmy razem do gimnazjum
-O mój boże tyle lat
-Noo jak ci się układa?
-A wiesz jakoś leci
-To dobrze widzę,że lubisz konie
-No bardzo je kocham przychodzę tu prawie zawsze kiedy jestem w złym nastroju albo po prostu jak chcę się rozerwać.
-A teraz chcesz się rozerwać czy jesteś w złym nastroju?
-To i to
-Aaa mogę zapytać o co chodzi?
-Nie ważne.
-Dobrze,ok Lucy dobrze się gada ale muszę iść bo tata i mama na mnie czekają.
-Papa trzymaj się dobrze cię było zobaczyć.
-Ciebie też-usłyszałam z daleka.
Veronika.Veronika,Veronika może i ona jest fajna ale za nią zbyt nie przepadam.Dlaczego?
Dlatego,że rozpowiadała wszystko co wiedziała na temat innych ludzi.Zwykła...plotkara...Nie lubiłam takich ludzi.Moje myślenie o wszystkim przewał mi znów głos ale teraz chłopka którego bardzo dobrze znałam powiedziałam:
-Liam skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać?
-Aaaa twoja ciocia mi powiedziała
-Ty łotrze spiskujesz z moją ciocią oh nie spodziewałam się tego
-No widzisz teraz chodź w jedno miejsce mam dla ciebie niespodziankę
-Jaką?
-Wtedy to nie będzie niespodzianka jak ci powiem
-No tak to gdzie jedziemy?
-Prosto a potem skręcamy w prawo.
-Dobrze a może wyścigi
-No dobra do tego zakrętu
-Dobra odliczam. Na miejsca....Gotowi....Start!
Szybko,szybko Granit nie dajemy się dawaj-krzyczałam i śmiałam się z Liama
-Jesteś wolny jak na chłopaka-roześmiałam się
-Wiesz co zaraz zobaczymy
-Dobra!
Dawaj Haber!Dasz rade wyprzedzić tą panią dajesz
-Hahah Haber lepszego imienia mu nie mogłeś dać
-Nie to mi przyszło do głowy
-I ten kwiatek ma z nami wygrać wypraszam to sobie Oooo linia mety jej Granit wygraliśmy! Mój kochany konik zawsze da radę
-No nie-usłyszałam zdołowanego Liama
-Oj następnym razem wam się uda tylko wymyśl inne imię może dla konia.
-Dobra pomyślę nad zmianą prawie jesteśmy na miejscu zamknij oczy i nie otwieraj do puki nie powiem już
-Ok czekam z niecierpliwością na słowo....
-JUŻ!
Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam całe One Direction które krzyczało:
-NIESPODZIANKA!
-A jaka to okazja?
-No nie wiesz?
-No nie wiem-roześmiałam się
-Twoje urodziny!
-O mój boże zapomniałam to znaczy,że Maxs nie był w szpitalu a Zayn tylko udawał tego złego i w kurzonego?
-Tak nasz spisek
-Wyyy ja wam pokaże-zaczęłam wszystkich ganiać aż tu nagle poczułam zimną wodę na plecach odwróciłam się i byłam już mokra cała krzyknęłam:
-Louis!
-Co?!-roześmiał się już do reszty
-Wiesz co ja ci tu zaraz dam...
-Zayn,Niall,Liam,Maxs i Louis-rzucili się na mnie jak na bandziora i zaczęli mnie łaskotać a to,że mam łaskotki nie mogłam się powstrzymać od śmiechu chciałam uciec ale jakoś nie wchodziło mi to zbyt dobrze.Jedną rzeczą która była najlepsza był Maxs który próbował mnie pocałować ale na koniec wymknęłam się im i uciekałam.Aż się wywróciłam.Zaczęłam się bardziej śmiać podbieg do mnie wtedy już sam Maxs i pomógł mi wstać po czym mnie pocałował.
Patrzyłam na niebo dobre dwie minuty,aż tu nagle usłyszałam głos z tyłu.
-Lucy?
-Tak
-Pamiętasz mnie Veronika chodziliśmy razem do gimnazjum
-O mój boże tyle lat
-Noo jak ci się układa?
-A wiesz jakoś leci
-To dobrze widzę,że lubisz konie
-No bardzo je kocham przychodzę tu prawie zawsze kiedy jestem w złym nastroju albo po prostu jak chcę się rozerwać.
-A teraz chcesz się rozerwać czy jesteś w złym nastroju?
-To i to
-Aaa mogę zapytać o co chodzi?
-Nie ważne.
-Dobrze,ok Lucy dobrze się gada ale muszę iść bo tata i mama na mnie czekają.-Papa trzymaj się dobrze cię było zobaczyć.
-Ciebie też-usłyszałam z daleka.
Veronika.Veronika,Veronika może i ona jest fajna ale za nią zbyt nie przepadam.Dlaczego?
Dlatego,że rozpowiadała wszystko co wiedziała na temat innych ludzi.Zwykła...plotkara...Nie lubiłam takich ludzi.Moje myślenie o wszystkim przewał mi znów głos ale teraz chłopka którego bardzo dobrze znałam powiedziałam:
-Liam skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać?
-Aaaa twoja ciocia mi powiedziała
-Ty łotrze spiskujesz z moją ciocią oh nie spodziewałam się tego
-No widzisz teraz chodź w jedno miejsce mam dla ciebie niespodziankę
-Jaką?
-Wtedy to nie będzie niespodzianka jak ci powiem
-No tak to gdzie jedziemy?
-Prosto a potem skręcamy w prawo.
-Dobrze a może wyścigi
-No dobra do tego zakrętu
-Dobra odliczam. Na miejsca....Gotowi....Start!
Szybko,szybko Granit nie dajemy się dawaj-krzyczałam i śmiałam się z Liama
-Jesteś wolny jak na chłopaka-roześmiałam się
-Wiesz co zaraz zobaczymy
-Dobra!
Dawaj Haber!Dasz rade wyprzedzić tą panią dajesz
-Hahah Haber lepszego imienia mu nie mogłeś dać
-Nie to mi przyszło do głowy-I ten kwiatek ma z nami wygrać wypraszam to sobie Oooo linia mety jej Granit wygraliśmy! Mój kochany konik zawsze da radę
-No nie-usłyszałam zdołowanego Liama
-Oj następnym razem wam się uda tylko wymyśl inne imię może dla konia.
-Dobra pomyślę nad zmianą prawie jesteśmy na miejscu zamknij oczy i nie otwieraj do puki nie powiem już
-Ok czekam z niecierpliwością na słowo....
-JUŻ!
Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam całe One Direction które krzyczało:
-NIESPODZIANKA!
-A jaka to okazja?
-No nie wiesz?
-No nie wiem-roześmiałam się
-Twoje urodziny!
-O mój boże zapomniałam to znaczy,że Maxs nie był w szpitalu a Zayn tylko udawał tego złego i w kurzonego?
-Tak nasz spisek
-Wyyy ja wam pokaże-zaczęłam wszystkich ganiać aż tu nagle poczułam zimną wodę na plecach odwróciłam się i byłam już mokra cała krzyknęłam:
-Louis!
-Co?!-roześmiał się już do reszty
-Wiesz co ja ci tu zaraz dam...
-Zayn,Niall,Liam,Maxs i Louis-rzucili się na mnie jak na bandziora i zaczęli mnie łaskotać a to,że mam łaskotki nie mogłam się powstrzymać od śmiechu chciałam uciec ale jakoś nie wchodziło mi to zbyt dobrze.Jedną rzeczą która była najlepsza był Maxs który próbował mnie pocałować ale na koniec wymknęłam się im i uciekałam.Aż się wywróciłam.Zaczęłam się bardziej śmiać podbieg do mnie wtedy już sam Maxs i pomógł mi wstać po czym mnie pocałował.
Rozdział 28
Wchodząc do domu usłyszałam cichą rozmowę i kiedy weszłam do salonu Zayn stał jak słup soli i nie chciał nic mówić aż tu nagle.Louis popchnął go bliżej do mnie,a Zayn na to:
-Lucy przepraszam.
-Nic się nie stało-nie miałam z nim ochoty więcej gadać przeprosiłam wszystkich i poszłam na górę.
Ale zatrzymało mnie jedno.Liam!Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.Powiedziałam powoli zbliżając się do niego:
-Co ty wyprawiasz?
-Lucy nie bądź smutna pamiętasz co ci powiedziałem na schodach?
-Tak ale ja nie dam rady już taka jestem
-Nie mów tak-powiedział chłopak przytulając mnie
-Dziękuję jesteś kochany
-Nie ma za co po prostu próbuje cię pocieszyć.
-To masz jakiś dar przekonywania-uśmiechnęłam się kończąc nasz uścisk.
-Naprawdę to super!-roześmiał się
Ale ja nie chciałam i tak zejść na dół więc poszłam na strych.Ale Liam nie ustępował i zapytał:
-Mogę iść z tobą?
-Jasne...Jak nie boisz się strychu to zapraszam-roześmiałam się
-A co ty robisz na strychu
-Siedzę
-Aha-uśmiechnął się
Kiedy doszliśmy na miejsce weszłam pierwsza,żeby prowadzić dalej chłopaka aż tu nagle wywróciłam się ale miałam szczęście bo Liam zdążył mi pomóc w ostatniej chwili złapał mnie.Podziękowałam mu i poszłam dalej:
-Uwaga,uwaga to jest miejsce w którym lubię przebywać
-Aaa to tu spędzasz czas-uśmiechnął się
-Tak to fortepian mojej mamy bardzo go lubię bo przypomina mi o niej.
-Bardzo ci jej brakuje?
-Tak nie wiesz jak bardzo jestem taka nieszczęśliwa,wściekła nie mam już nikogo.Jestem dopiero siedemnastoletnią dziewczyną z czego ja będę żyła..-powiedziałam z łzami w oczach
-Lucy nie obwiniaj się tak czasem bywa życia nie można prześwietlić.Ale pamiętaj zawsze możesz poprosić mnie o pomoc albo Maxsa.My na pewno ci pomożemy.
-Dziękuję.-oderwałam oczy z podłogi i popatrzyłam na Liama naszą rozmowę przerwał huk szybko więc zeszłam na dół i zapytałam.
-Co się tu dzieje?
-Nic po prostu Louis spadł z krzesła
-Ale nic mu się nie stało
-Nie tylko miał Atak głupawki jak to zawsze bywa-roześmiał się Liam.
-Ej chłopaki,a wy w końcu jedziecie do Maxsa?
-Tak już się zbieramy Louis!-krzyknął Zayn
-Zayn chodź na stronę musimy pogadać.
Kiedy chłopacy poszli o czymś rozmawiać ja poszłam do pokoju.Żeby pobyć tam sama.Miałam bardzo dużo wrażeń jak na jeden dzień.Więc postanowiłam,że odpoczynek dobrze mi zrobi ale kiedy weszłam do pokoju na podłodze leżała figurka konika którą mama jeszcze mi schowała jak byli w domu.Pomyślałam.że to bardzo dziwne.Nie marnowałam dłużej czasu założyłam koszulę,szorty zawiązałam włosy w wygodny warkoczyk.Nie żegnając się z nikim wyszłam na Ranczo na którym nie byłam dobry tydzień.Kiedy doszłam zauważyłam ciocię myjącą Granita.Pobiegłam po szczotkę do wyczesywania koni i kierując się do cioci powiedziałam:
-Cześć
-Ooo kogo ja tu widzę co się stało,że cie tyle nie było?
-Aaa wiesz ciociu było sporo nauki teraz zaczęły się wakacje i trzeba jakoś nadrobić stracony czas z końmi.Pozwolisz wyczesać Granita?
-No jasne bardzo się za tobą stęsknił-ciocia powiedziała uśmiechając się do mnie.
-To dziś nad robię z nim stracony czas i pojadę z nim na jakiś spacer.Po lesie może.
-No to dobrze mu zrobi-ciocia roześmiała się
-Hehe
-A mama z tatą już wrócili?
-No właśnie oni już nie wrócą ciociu-rozpłakałam się przytulając się do niej
-Ale jak to?!Co się stało.
-Mieli wypadek i zginęli zostałam sama.
-Boże nic o tym nie wiedziałam kochanie nie płacz będzie dobrze masz nas z wujkiem na pewno damy sobie radę.Ale musisz mówić czego potrzebujesz.
-Oj ciociu jeszcze ja nie będę wam robić kłopotów.
-Ale to nie żaden kłopot słoneczko robię to z czystej przyjemności i muszę ci jakoś podziękować za to,że udało wam się uratować RANCZO
-To był drobiazg ciociu.
-Nie właśnie nie.Walczyłaś o moje miejsce w którym mogę się odprężyć wiesz co twoja ciotka by teraz robiła siedziała na fotelu przed telewizorem.A przez to,że uratowałaś ranczo nie będę leniem
-Nigdy byś nim nie była ciociu.
Kiedy skończyłam rozmowę z najbliższą teraz mi osobą poszłam po Granita i przygotowałam go do jazdy.Usiadłam na nim i ruszyliśmy w poszukiwaniu nowych przygód.Kto wie może coś się fajnego zdarzy.Wjeżdżając do lasu przypomniałam sobie wypadek z Iskrą.Był to koń mój od dzieciństwa ale niestety pożegnałam się z nim w taki straszny sposób.Nie chciałam o tym więcej myśleć więc postanowiłam patrzeć na piękne drzewa kwiaty,zwierzęta.Ale z tych wszystkich rzeczy najładniejsze dziś było niebo błękitne z białymi obłokami.
Wchodząc do domu usłyszałam cichą rozmowę i kiedy weszłam do salonu Zayn stał jak słup soli i nie chciał nic mówić aż tu nagle.Louis popchnął go bliżej do mnie,a Zayn na to:
-Lucy przepraszam.
-Nic się nie stało-nie miałam z nim ochoty więcej gadać przeprosiłam wszystkich i poszłam na górę.
Ale zatrzymało mnie jedno.Liam!Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.Powiedziałam powoli zbliżając się do niego:
-Co ty wyprawiasz?
-Lucy nie bądź smutna pamiętasz co ci powiedziałem na schodach?-Tak ale ja nie dam rady już taka jestem
-Nie mów tak-powiedział chłopak przytulając mnie
-Dziękuję jesteś kochany
-Nie ma za co po prostu próbuje cię pocieszyć.
-To masz jakiś dar przekonywania-uśmiechnęłam się kończąc nasz uścisk.
-Naprawdę to super!-roześmiał się
Ale ja nie chciałam i tak zejść na dół więc poszłam na strych.Ale Liam nie ustępował i zapytał:
-Mogę iść z tobą?
-Jasne...Jak nie boisz się strychu to zapraszam-roześmiałam się
-A co ty robisz na strychu
-Siedzę
-Aha-uśmiechnął się
Kiedy doszliśmy na miejsce weszłam pierwsza,żeby prowadzić dalej chłopaka aż tu nagle wywróciłam się ale miałam szczęście bo Liam zdążył mi pomóc w ostatniej chwili złapał mnie.Podziękowałam mu i poszłam dalej:
-Uwaga,uwaga to jest miejsce w którym lubię przebywać
-Aaa to tu spędzasz czas-uśmiechnął się
-Tak to fortepian mojej mamy bardzo go lubię bo przypomina mi o niej.
-Bardzo ci jej brakuje?
-Tak nie wiesz jak bardzo jestem taka nieszczęśliwa,wściekła nie mam już nikogo.Jestem dopiero siedemnastoletnią dziewczyną z czego ja będę żyła..-powiedziałam z łzami w oczach-Lucy nie obwiniaj się tak czasem bywa życia nie można prześwietlić.Ale pamiętaj zawsze możesz poprosić mnie o pomoc albo Maxsa.My na pewno ci pomożemy.
-Dziękuję.-oderwałam oczy z podłogi i popatrzyłam na Liama naszą rozmowę przerwał huk szybko więc zeszłam na dół i zapytałam.
-Co się tu dzieje?
-Nic po prostu Louis spadł z krzesła
-Ale nic mu się nie stało
-Nie tylko miał Atak głupawki jak to zawsze bywa-roześmiał się Liam.
-Ej chłopaki,a wy w końcu jedziecie do Maxsa?
-Tak już się zbieramy Louis!-krzyknął Zayn
-Zayn chodź na stronę musimy pogadać.
Kiedy chłopacy poszli o czymś rozmawiać ja poszłam do pokoju.Żeby pobyć tam sama.Miałam bardzo dużo wrażeń jak na jeden dzień.Więc postanowiłam,że odpoczynek dobrze mi zrobi ale kiedy weszłam do pokoju na podłodze leżała figurka konika którą mama jeszcze mi schowała jak byli w domu.Pomyślałam.że to bardzo dziwne.Nie marnowałam dłużej czasu założyłam koszulę,szorty zawiązałam włosy w wygodny warkoczyk.Nie żegnając się z nikim wyszłam na Ranczo na którym nie byłam dobry tydzień.Kiedy doszłam zauważyłam ciocię myjącą Granita.Pobiegłam po szczotkę do wyczesywania koni i kierując się do cioci powiedziałam:
-Cześć
-Ooo kogo ja tu widzę co się stało,że cie tyle nie było?
-Aaa wiesz ciociu było sporo nauki teraz zaczęły się wakacje i trzeba jakoś nadrobić stracony czas z końmi.Pozwolisz wyczesać Granita?
-No jasne bardzo się za tobą stęsknił-ciocia powiedziała uśmiechając się do mnie.
-To dziś nad robię z nim stracony czas i pojadę z nim na jakiś spacer.Po lesie może.
-No to dobrze mu zrobi-ciocia roześmiała się
-Hehe
-A mama z tatą już wrócili?
-No właśnie oni już nie wrócą ciociu-rozpłakałam się przytulając się do niej
-Ale jak to?!Co się stało.
-Mieli wypadek i zginęli zostałam sama.
-Boże nic o tym nie wiedziałam kochanie nie płacz będzie dobrze masz nas z wujkiem na pewno damy sobie radę.Ale musisz mówić czego potrzebujesz.
-Oj ciociu jeszcze ja nie będę wam robić kłopotów.
-Ale to nie żaden kłopot słoneczko robię to z czystej przyjemności i muszę ci jakoś podziękować za to,że udało wam się uratować RANCZO
-To był drobiazg ciociu.
-Nie właśnie nie.Walczyłaś o moje miejsce w którym mogę się odprężyć wiesz co twoja ciotka by teraz robiła siedziała na fotelu przed telewizorem.A przez to,że uratowałaś ranczo nie będę leniem
-Nigdy byś nim nie była ciociu.
Kiedy skończyłam rozmowę z najbliższą teraz mi osobą poszłam po Granita i przygotowałam go do jazdy.Usiadłam na nim i ruszyliśmy w poszukiwaniu nowych przygód.Kto wie może coś się fajnego zdarzy.Wjeżdżając do lasu przypomniałam sobie wypadek z Iskrą.Był to koń mój od dzieciństwa ale niestety pożegnałam się z nim w taki straszny sposób.Nie chciałam o tym więcej myśleć więc postanowiłam patrzeć na piękne drzewa kwiaty,zwierzęta.Ale z tych wszystkich rzeczy najładniejsze dziś było niebo błękitne z białymi obłokami.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






