niedziela, 7 grudnia 2014

PODZIĘKOWANIE 

Serdecznie dziękuję tym którzy czytali moje opowiadanie i dawali weny do pisania.Dziękuję mojej przyjaciółce,że pomogła mi uwierzyć w siebie.To dzięki niej teraz pisze opowiadania.Mamie,tacie też bardzo dziękuję,za to,że wierzyli we mnie kiedy pisałam tą historie.Nie które rzeczy z tej opowieści były wyjęte z mojego codziennego życia.Za nie długo pojawi się nowe opowiadanie przewiduje,że będzie o tańcu,miłości,długach nie mówię więcej bo powiem za dużo i nie będzie niespodzianki! :D Klaudia. 
Rozdział 48

Następnego dnia...Kiedy obudziłam się na krzesełku w poczekalni nikogo nie widziałam.Pomyślałam:Pewnie poszli w odwiedziny do Dylana.
Zeszłam z krzesełka i pokierowałam się w stronę pokoju gdzie leżał mój przyjaciel...Idąc,myślałam,że dziś będzie jak dawniej Dyl wróci z nami do domu,ale z tym pomysłem trzeba było czekać do p o ł u d n i a bo wtedy mieli go wybudzić ze śpiączki.Doszłam...do okna i popatrzyłam jak rodzice Dylana troszczą się o niego.Szkoda mi ich,żeby dowiedzieć się,że syn umiera coś okropnego podziwiam mamę Dyla że jeszcze jakoś daje sobie radę i się trzyma.Tatę oczywiście też...

Godzina 13:00

Poczekalnia:Właśnie czekamy na lekarza wszystko teraz zależy od wyników.Mam nadzieje,że jeszcze dziś Dylan pojedzie z nami do domu z tego szaro-burego szpitala.Już widać lekarza coś mu się przedłużyło ale nie ważne,ważne jest teraz to co dalej będzie z moim przyjacielem.Kiedy lekarz podchodzi my wstajemy tak jakby w zmowie razem.Mówiąc:

-Dzień dobry jak z Dylanem?
-Witam z państwa synem jest już lepiej oddycha sam to dobry znak-powiedział profesor
-Na prawdę?! A mogę iść się z nim spotkać?-zapytałam
-Dobrze ale tylko 10 minut więcej nie
-Dziękuję-powiedziałam biegnąc do sali.
Kiedy doszłam weszłam po cichutku do niego i usiadłam na krzesełku nawet nie zdążyłam nic powiedzieć,bo usłyszałam:
-Cześć Lucy
-Na prawdę oddychasz już sam boże wiesz jak się martwiłam...
-Przepraszam,że cię wystraszyłem
-Nie ważne,wiesz byłam wczoraj u ciebie w nocy dobrze,że nikt mnie nie przyłapał bo bym odpowiadała za to karnie-roześmiałam się
-Ty...łobuz z ciebie-powiedział łapiąc mnie za rękę
-Mam nadzieje,że dziś wyjdziemy już razem ze szpitala.I będzie jak dawniej
-To mniej taką nadzieje może się tak stanie-uśmiechnął się lekko
Siedząc tak w ciszy moim uszom rozległ się pisk tych wszystkich narzędzi wokół chłopaka od razu szybko pobiegłam zawołać pielęgniarki i lekarza.Weszli jak najszybciej i wyprosili mnie z sali
- Puls Dylana jest za szybki ma coś z sercem-tylko to udało mi się usłyszeć zaczęłam płakać bałam się,jednego,że go stracę nie zdążyłam się z nim pożegnać więc nie może być tak,że umrze.Błagam teraz Boga o to,żeby dał mu zdrowie...Po kilku minutach lekarz wyszedł i ustał na przeciwko mnie.Mówiąc:
-Mamy przykrą wiadomość.Robiliśmy to co się dało ale twój przyjaciel nie żyje... Nie dało się go uratować.
-Co?!-wstałam gwałtownie z krzesełka wchodząc do sali gdzie leżał Dylan.
Każdy kto koło mnie był krzyczał,żebym stąd wyszła bo nie można teraz tu wchodzić,a ja miałam ich gdzieś.Dochodząc do Dylana złapałam go za rękę która nie byłą już taka sama jak trzydzieści minut temu była teraz cała zimna.Jego serce ustało.Dopiero teraz zrozumiałam,że on nie żyje...Ja naprawdę chcę się z tego obudzić nie chcę już dłużej być w tym nienormalnym śnie.
-To nie sen kochanie-usłyszałam zza pleców
Odwracając się zauważyłam mamę chłopaka płaczącą razem ze mną...
-Proszę pani on umarł?!
-Tak.
-Ale to nie możliwe nie minęło 5 dni
-Kochanie wiesz kto to wcześniak?
-Tak wiem to ten który za wcześnie się urodził
-No więc masz odpowiedź nikt nie wyznaczy daty śmierci ani też urodzenia.Tak jest w życiu.I nic tego nie zmieni każdy by mógł teraz umrzeć nic nie przewidzisz skarbie
Ja...ja już nic nie mówiąc przytuliłam mamę Dylana.Która też płakała razem ze mną ale próbowała mnie pocieszać.
-Miała pani naprawdę dobrego i kochanego syna. 


*2 dni później*

Właśnie ubieram się do kościoła na pogrzeb mojego przyjaciela i znów będę musiał mówić przemowę.I znów będę płakała.Ale pewnie nie tylko ja inni też.Ubrałam się w czarną sukienkę z białymi paskami,buty na niskim obcasie.Do tego miałam rozpuszczone włosy i usta pomalowane błyszczykiem.Kiedy byłam już gotowa zeszłam na dół czekając na panią i pana Evans.Będąc już wszyscy razem wyszliśmy z domu idąc do kościoła....Wiele samochodów,mnóstwo ludzi zebrało się na pogrzeb Dylana.Których nie znałam.Może jest obok mnie jakiś kolega który prowadził bójkę z Dylem,a może jest przyjaciel który był zawsze z moim przyjacielem w trudnych chwilach.Myślałam.Ale teraz to nie było najważniejsze.Weszliśmy do kościoła.I usiedliśmy na drugiej ławce od początku.
-Zaraz będziesz mówiła-usłyszałam szeptanie
-Wiem ale mam tremę tyle tu ludzi i wszyscy się patrzą.
-Dasz radę zrób to dla naszego syna.Dobrze?
-Dobrze.-zastanawiałam się czemu ja zawsze wygłaszam mowy pierwsza.Może tak już będzie zawsze właśnie muszę już tam ustać i mówić.Z tej kartki którą pisałam wczoraj.Wstając poczułam lęk ale nie pod dałam się i poszłam.Postanowiłam mówić,sama bez tego kawałka papieru.Więc zaczęłam:
Dzień dobry jak nie którzy wiedzą byłam przyjaciółką Dylana.Miałam nie płakać na jego pogrzebie bo powiedział mi,że zawsze ze mną będzie i mnie nie zostawi ale chyba się tak nie da.Chciała,powiedzieć,że to na prawdę niesamowity chłopak jego rodzice mieli ogromne szczęście,że go mieli.Zazdroszczę tym ludziom którzy znają Dyla od dzieciństwa.Ja znałam go zaledwie tydzień a tak bardzo się do niego przywiązała jakbym znała go całe życie...To chyba na tyle.Dylan na górze może ma lepszy świat.Kto wie?Nikt więc musimy się cieszyć,że znaliśmy tego chłopaka.Dziękuję.. 
Po skończeniu mojej przemowy ksiądz dopowiedział słowa: Odszedł w świat nie zapomniany wkroczył w piękne polany.I jak to powiedział przyjaciółka chłopca może ma tam lepszy świat. 
Skończyła się msza teraz wszyscy idziemy pochować trumnę z ciałem Dyla.Nie da się nie płakać.Bo każdy ma już szklane oczy...Ksiądz mówi modlitwę a my razem z nim po tym wydarzeniu chowają Dylana.A ja miał mu tyle do powiedzenia.Wszyscy wrzucają róże na dół podchodząc i mówiąc coś pod nosem a ja...ja nie mam róży ja mam coś cenniejszego.List w którym napisałam wszystko czego nie zdążyłam mu powiedzieć tu na ziemi.Po dwóch godzinach idziemy do domu jeszcze nic nie mówiłam państwu Evans ale wyjeżdżam dziś z Francji mam już spakowaną walizkę lot do Los Angeles za jakieś 30 minut.Więc chyba trzeba w końcu im powiedzieć:
-Mam coś wam do powiedzenia...
-Słuchamy?-powiedział tata Dyla
-Przepraszam,że teraz to mówię ale za 30 minut mam lot do Los Angeles lecę do domu.Nie chcę tu mieszkać po tym co się stało bo ciągle bym przypominała sobie Dyla.
-Kochanie,naprawdę tego chcesz?-zapytała pani.Evans ze smutkiem
-Tak naprawdę...
-To może ja cię zawiozę na lotnisko?
-Nie pojadę autobusem.Nie będę robić kłopotu.
-Jejku jedno dziecko odeszło teraz ty Lucy pamiętaj jak czegoś będziesz potrzebować wiesz,gdzie nas szukać przywiązaliśmy się do ciebie jakbyś była naszą córką
-Dziękuję za troskę na prawdę będę za wami tęsknić ale postanowiłam wrócić do domu.-powiedziałam przytulając obydwojga rodziców.
-To ja już pójdę do zobaczenia...
-Do zobaczenia-usłyszałam po cichu
Wychodząc z domu poczułam smutek miałam jeszcze trzydzieści minut więc szłam sobie powoli myśląc:Tyle wspomnień z Dylanem,a tylko tydzień się znaliśmy jak ja za nim tęsknię,po prostu nie rozumiem tego,że on odszedł i moi rodzice i wszyscy na których mi zależało najbardziej.Teraz kiedy wrócę do domu zacznę może żyć od nowa,a może zamknę się w sobie i nie będę już tą dziewczyną którą byłam przed śmiercią bliskich?Nic nie wiadomo,wiem tylko jedno...Że kocham Dylana i moich rodziców i myślę,że kiedyś z nimi się spotkam...Moja historia nie kończy się jak w bajce czyli:ŻYLI SOBIE DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE KONIEC.Nie moja historia jest beznadziejna.I żyła samotnie i beznadziejnie  K O N I E C...                                                                                                                                                                                                 

sobota, 6 grudnia 2014


Nie chciałam pokazywać,że płaczę ale się nie udało łzy lały się z moich oczu jak najęte.Pomyślałam:Mój przyjaciel odchodzi?Czy po prostu to atak duszności który zaraz przejdzie.
********************************************************************************
Rozdział 47

Kiedy karetka przyjechała pod dom,lekarze z niej szybko wyszli i skierowali się do pokoju Dylana żeby zabrać go do szpitala.Rodzice przyjaciela szykowali się do wyjścia żeby pojechać za karetką samochodem...Więc zapytałam: 

-Mogę jechać z wami? 
-Tak słońce-odpowiedziała mama Dyla
-Dziękuję to pójdę szybko wziąć kurtkę...
-Dobrze.Czekamy w samochodzie 
Wchodząc do pokoju otworzyłam szafę i wzięłam kurtkę założyłam swoje trampki i pobiegłam do auta.Wsiadając westchnęłam:Myślałam,że to nie dzieje się na prawdę ale niestety tak było.... 
Docierając do szpitala wyszłam szybko z samochodu kierując się nad oddział gdzie wzięli Dylana.Patrzyłam co oni mu robili.To było straszne:Podłączanie kroplówki,wkładanie jakiejś rurki do gardła.Co mnie dziwiło,że za mojego przyjaciela oddycha jakaś gruszka.
-Boże dlaczego mu się to przytrafiło i z jakiego powodu-krzyknęłam siadając na krzesełku w poczekalni.W pewnej chwili przypomniało mi się,że dziś wieczorem Dyl opowiadał mi o tej bójce powiedział,że wyszedł z niej cało ale...ale nie widać tego może dostała w brzuch albo w głowę?Chyba powiem to to jego rodzicom.Zerwałam się z krzesełka i poszłam w stronę mamy i taty Dyla.Kiedy byłam już centymetr od nich zaczęłam mówić...
-DYLAN NIC WAM NIE POWIEDZIAŁ,ŻEBYŚCIE SIĘ NIE MARTWILI ALE ON DZIŚ WIECZOREM POWIEDZIAŁ MI O BÓJCE.ON BRAŁ W NIEJ UDZIAŁ,GADAŁ ŻE WYSZEDŁ Z TEGO CAŁO ALE JA JAKOŚ W TO NIE WIERZE. 
-O mój boże!-powiedziała z przerażeniem mama 
-Przepraszam,że nic nie powiedziałam wcześniej ale Dyl kazał mi nikomu nic nie mówić...I wpadłam na to,że może przez tą bójkę on zaczął się dusić w nocy...
-Masz racje trzeba zapytać się lekarzy czy ma to coś wspólnego z tą utratą oddechu-wtrącił ojciec mojego przyjaciela.Więc postanowiliśmy iść do gabinetu lekarskiego i zapytać.Kiedy doszliśmy zapukałam jeden raz aż drzwi się otworzyły.Pan.Evans wpadł i zaczął gwałtownie pytać: 

-Panie doktorze jeżeli mój syn przeprowadzał dziś po południu bójkę i gdzieś go uderzono może to być przyczyną duszności czy nie?
-Panie.Evans a dokładniej gdzie został uderzony?-zapytał zdejmując okulary z nosa. 
-Właśnie nie wiem jego przyjaciółka nam teraz powiedziała ale ona też nic nie wie bo on powiedział,że wyszedł z tego cało i nic mu nie jest....
-Aha jak Dylan się obudzi porozmawiam z nim może coś mi powie... 
-Dobrze dziękujemy bardzo-powiedziałam z lekką niepewnością i wyszłam.Wzdychając szłam przez długi korytarz pełen lekarzy i pielęgniarek miałam nadzieje,że znajdę salę w której leży Dylan chciała go zobaczyć bo do tej pory nikt nie chciała nam powiedzieć gdzie on leży.Wszystko wydawało się takie czarno-białe,jakby straciło kolory,jakby cały świat zaraz miał się skończyć...Padający deszcz za oknem szpitalnym wydawał się teraz taki ponury.Kiedyś kochałam patrzeć na spadające kropelki z nieba,a teraz wszystko straciło tak jakby barwy.Patrząc na ten mroczny korytarz zdałam sobie sprawę,że nie będzie łatwo znaleźć Dyla,ale nie poddawałam się i szukałam dalej kiedy poszłam do końca.Zobaczyłam,właśnie go leżał nieruchomy.Miał tyle rurek w okół siebie,że nie dało się zliczy,nawet samodzielnie nie oddychał nie mogłam tak na niego patrzeć zza szyby więc niestety złamałam przepisy i weszłam nie zdając sobie sprawy,że mogę potem za to karnie odpowiadać.Nic a nic nie obchodziło mnie tylko on.Chciałam tylko jednego,żeby się obudził iii uśmiechnął się do mnie.Chciałam go przytulić ale nie potrafiłam boo te wszystkie kabelki i inne rzeczy mi bardzo przeszkadzały.Więc złapałam go za rękę mówiąc:Jeżeli mnie słyszysz daj znać jeżeli nie to pamiętaj nie opuszczę cię zawsze będziesz w moim sercu.Pamiętaj to...Teraz muszę już ci to powiedzieć bo nie dam rady dłużej:Jesteś najlepszym chłopakiem jakiego znam Kocham Cię.Bardzo chciałbym,żebyś to usłyszał kiedy będziesz przytomny.Ale chyba nie ma jeszcze takiej opcji.Lekarze mówią,że wybudzisz się ze śpiączki najwcześniej jutro po południu tylko obiecaj mi,że się tak stanie,że będziesz jeszcze ze mną,że mnie nie opuścisz tak szybko..Dobrze?
Po skończeniu tego co powiedziałam wstałam po cichu z krzesełka i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.Na koniec popatrzyłam zza ramienia na Dylana.Mając nadzieje,że jutro będzie już lepiej,a Dyl się wybudzi.I nie skończy tak wcześnie swojego życia na ziemi.

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 46...

Wstać czy nie wstać?Iść do Dyla czy nie iść?Mam tle pytań w głowie,że wszystko mi się przewraca.Ale muszę się dowiedzieć jak zareagowali rodzice dowiadując się o chorobie syna..Wychodząc z pokoju nic nie było słychać,schodziłam powoli i spokojnie.Nie wiedziałam czy coś się stało czy po prostu wszyscy gdzieś wyszli.Kiedy weszłam do salonu mama i tata Dyla byli przerażeni,mama siedziała na kanapie z chusteczkami płacząc.Pan Evans próbował ją pocieszać ale nie dało rady,sam był przygnębiony tym co przed chwilą usłyszał ale nie pokazywał tego,żeby nie pogorszyć sprawy z mamą mojego przyjaciela.Brakowało mi tylko w salonie Dylana...Postanowiłam go poszukać.Zaczęłam od góry,zjeżdżając na dół...Nigdzie go nie zastałam.Więc wyszłam na dwór kierując się za dom też go nie było!Już nie miałam pomysłów,aż pomyślałam logicznie: Przecież mógł wyjść gdzieś na spacer.Żeby pobyć w samotności.Nie miałam zamiaru go śledzić więc postanowiłam wrócić do domu i pomóc w tej trudniej sytuacji dla rodziców Dyla.Weszłam do pokoju i usiadłam obok pani Evans.Kładąc rękę na jej ramię i uśmiechnęłam się nie pewnie...Aż usłyszałam:
-Kochanie wiesz chciałam ci podziękować za to,że byłaś z moim synem kiedy potrzebował kogoś obok siebie...Na prawdę jesteś niesamowitą dziewczyną.
-Dziękuję pani bardzo,wie pani.Dylan to na prawdę wspaniały przyjaciel.On zamienił moje życie na lepsze.Kiedy moi rodzice odeszli byłam taka przygnębiona.Ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pani syna.To on poprawiał mi humor kiedy byłam smutna,to on był ze mną jak cierpiałam.
-Wiesz skarbie ile on nam o tobie opowiadał co drugie jego słowo jest Lucy jest taka ,Lucy jest taka.
-Na prawdę-roześmiałam się
-Tak,,,Żałujemy z tatą Dylana,że oddaliśmy go do domu opieki.
-Nie obwiniajcie się po prostu tak jest w życiu raz pod górkę,a raz z górki.Nikt nie ustawi życia tak jak chcemy.
-Masz racje,ale to trudne stracić syna
-Wiem współczuje pani i panu ale ja też go bardzo kocham i trudno będzie się z nim rozstać na zawsze.Ale musimy dać radę...
-No tak masz racje-uśmiechnęła się do mnie

Ja odwzajemniłam uśmiech i wstałam kierując się do pokoju.Wchodząc na górę usłyszałam głośny huk zamykanych drzwi...Z ciekawości poszłam zobaczyć kto przyszedł okazało się.że to Dylan.W podskokach zeszłam ze schodów biegnąc w ramiona przyjaciela.Ale on nie był z niczego zadowolony odsunął się o de mnie z metr i poszedł do swojego pokoju zamykając drzwi bardzo głośno.A ja...ja stałam jak głupia wariatka.Czułam się upokorzona.Nigdy wcześniej Dylan nie postąpił tak ze mną.Postanowiłam iść do niego i porozmawiać.Zapukałam raz..i drugi nic nie usłyszałam.To zapukałam trzeci,aż wreszcie drzwi zostały otworzone.Dylan zdenerwowany zapytał:
-Czego chcesz?!
-Chciałam porozmawiać ale jak widzę ja coś zrobiłam więc idę!
-To idź!
-DOBRZE !
Wyszłam wkurzona i zdołowana weszłam do pokoju i położyłam się na łóżko.Nie wiedziałam,czy to moja wina,że Dylan tak postępuje czy coś się stało na spacerze...

*Godzinę później*

Czytając książkę rozległ się dźwięk pukania do drzwi.Odłożyłam książkę na bok i powiedziałam:
-Proszę...
Kiedy drzwi zostały otwarte zobaczyłam Dyla który stał jak niewiniątko w drzwiach.Więc zapytałam:
-Słucham?
-Chciałem porozmawiać
-Teraz?!-wstałam nie dowierzając
-Tak....
-Ale kiedy ja chciałam rozmawiać z tobą ty nie chciałeś tylko chamsko wyprosiłeś mnie z pokoju więc chyba nie mamy o czym rozmawiać. Prawda?!
-Nie nie prawda chciałem cię bardzo przeprosić za to ale byłem wściekły nie chciałem cię zranić.Błagam uwierz mi.-powiedział z nadzieją w oczach
-Dobrze.Ale powiedz teraz co się stało?
-Po prostu spotkałem się z dawnymi kumplami ze szkoły kiedy jeszcze tu mieszkałem,a oni zaczęli mnie poniżać,że mam ADHD.Ja się wkurzyłem i dostali ode mnie raz i drugi po mordzie.Potem zaczęła się prawdziwa bójka na szczęście wyszedłem z tego cało.Bez żadnych ran
-Na pewno nic ci się nie stało?Co za dranie
-Na prawdę nic się nie stało...Spokojnie-uśmiechnął się i wtulił mnie do swoich umięśnionych ramion
-To dobrze wiesz jak się martwiłam kiedy wyszedłeś i nie wracałeś..
-Ale jestem więc się nie bój pamiętaj nigdy cię nie zostawię nawet kiedy mnie już tu nie będzie to będę na tamtym świecie czuwał nad tobą.Pilnował cię..Pamiętaj o tym dobrze?
-Dobrze.A teraz kładziemy się spać co nie?Już późno
-Okey śpij dobrze Lucy.
-Nawzajem dobranoc-powiedziałam uśmiechając się do niego.Kiedy mój przyjaciel wyszedł weszłam pod kołdrę zamykając oczy.Od razu zasnęłam...
Obudziły mnie krzyki!!! Zerwałam się przecierając oczy,wyszłam gwałtownie z pokoju,żeby zobaczyć co się dzieje okazało się,że z Dylanem coś się dzieje dusił się nie mógł nic powiedzieć.Podeszłam do niego gładząc go po jego puszystych włosach.W momencie kiedy mama dzwoniła po karetkę ja pocałowałam chłopaka delikatnie w policzek i powiedziałam wszystko będzie dobrze.Nie chciałam pokazywać,że płaczę ale się nie udało łzy lały się z moich oczu jak najęte.Pomyślałam:Mój przyjaciel odchodzi?Czy po prostu to atak duszności który zaraz przejdzie.