niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 48

Następnego dnia...Kiedy obudziłam się na krzesełku w poczekalni nikogo nie widziałam.Pomyślałam:Pewnie poszli w odwiedziny do Dylana.
Zeszłam z krzesełka i pokierowałam się w stronę pokoju gdzie leżał mój przyjaciel...Idąc,myślałam,że dziś będzie jak dawniej Dyl wróci z nami do domu,ale z tym pomysłem trzeba było czekać do p o ł u d n i a bo wtedy mieli go wybudzić ze śpiączki.Doszłam...do okna i popatrzyłam jak rodzice Dylana troszczą się o niego.Szkoda mi ich,żeby dowiedzieć się,że syn umiera coś okropnego podziwiam mamę Dyla że jeszcze jakoś daje sobie radę i się trzyma.Tatę oczywiście też...

Godzina 13:00

Poczekalnia:Właśnie czekamy na lekarza wszystko teraz zależy od wyników.Mam nadzieje,że jeszcze dziś Dylan pojedzie z nami do domu z tego szaro-burego szpitala.Już widać lekarza coś mu się przedłużyło ale nie ważne,ważne jest teraz to co dalej będzie z moim przyjacielem.Kiedy lekarz podchodzi my wstajemy tak jakby w zmowie razem.Mówiąc:

-Dzień dobry jak z Dylanem?
-Witam z państwa synem jest już lepiej oddycha sam to dobry znak-powiedział profesor
-Na prawdę?! A mogę iść się z nim spotkać?-zapytałam
-Dobrze ale tylko 10 minut więcej nie
-Dziękuję-powiedziałam biegnąc do sali.
Kiedy doszłam weszłam po cichutku do niego i usiadłam na krzesełku nawet nie zdążyłam nic powiedzieć,bo usłyszałam:
-Cześć Lucy
-Na prawdę oddychasz już sam boże wiesz jak się martwiłam...
-Przepraszam,że cię wystraszyłem
-Nie ważne,wiesz byłam wczoraj u ciebie w nocy dobrze,że nikt mnie nie przyłapał bo bym odpowiadała za to karnie-roześmiałam się
-Ty...łobuz z ciebie-powiedział łapiąc mnie za rękę
-Mam nadzieje,że dziś wyjdziemy już razem ze szpitala.I będzie jak dawniej
-To mniej taką nadzieje może się tak stanie-uśmiechnął się lekko
Siedząc tak w ciszy moim uszom rozległ się pisk tych wszystkich narzędzi wokół chłopaka od razu szybko pobiegłam zawołać pielęgniarki i lekarza.Weszli jak najszybciej i wyprosili mnie z sali
- Puls Dylana jest za szybki ma coś z sercem-tylko to udało mi się usłyszeć zaczęłam płakać bałam się,jednego,że go stracę nie zdążyłam się z nim pożegnać więc nie może być tak,że umrze.Błagam teraz Boga o to,żeby dał mu zdrowie...Po kilku minutach lekarz wyszedł i ustał na przeciwko mnie.Mówiąc:
-Mamy przykrą wiadomość.Robiliśmy to co się dało ale twój przyjaciel nie żyje... Nie dało się go uratować.
-Co?!-wstałam gwałtownie z krzesełka wchodząc do sali gdzie leżał Dylan.
Każdy kto koło mnie był krzyczał,żebym stąd wyszła bo nie można teraz tu wchodzić,a ja miałam ich gdzieś.Dochodząc do Dylana złapałam go za rękę która nie byłą już taka sama jak trzydzieści minut temu była teraz cała zimna.Jego serce ustało.Dopiero teraz zrozumiałam,że on nie żyje...Ja naprawdę chcę się z tego obudzić nie chcę już dłużej być w tym nienormalnym śnie.
-To nie sen kochanie-usłyszałam zza pleców
Odwracając się zauważyłam mamę chłopaka płaczącą razem ze mną...
-Proszę pani on umarł?!
-Tak.
-Ale to nie możliwe nie minęło 5 dni
-Kochanie wiesz kto to wcześniak?
-Tak wiem to ten który za wcześnie się urodził
-No więc masz odpowiedź nikt nie wyznaczy daty śmierci ani też urodzenia.Tak jest w życiu.I nic tego nie zmieni każdy by mógł teraz umrzeć nic nie przewidzisz skarbie
Ja...ja już nic nie mówiąc przytuliłam mamę Dylana.Która też płakała razem ze mną ale próbowała mnie pocieszać.
-Miała pani naprawdę dobrego i kochanego syna. 


*2 dni później*

Właśnie ubieram się do kościoła na pogrzeb mojego przyjaciela i znów będę musiał mówić przemowę.I znów będę płakała.Ale pewnie nie tylko ja inni też.Ubrałam się w czarną sukienkę z białymi paskami,buty na niskim obcasie.Do tego miałam rozpuszczone włosy i usta pomalowane błyszczykiem.Kiedy byłam już gotowa zeszłam na dół czekając na panią i pana Evans.Będąc już wszyscy razem wyszliśmy z domu idąc do kościoła....Wiele samochodów,mnóstwo ludzi zebrało się na pogrzeb Dylana.Których nie znałam.Może jest obok mnie jakiś kolega który prowadził bójkę z Dylem,a może jest przyjaciel który był zawsze z moim przyjacielem w trudnych chwilach.Myślałam.Ale teraz to nie było najważniejsze.Weszliśmy do kościoła.I usiedliśmy na drugiej ławce od początku.
-Zaraz będziesz mówiła-usłyszałam szeptanie
-Wiem ale mam tremę tyle tu ludzi i wszyscy się patrzą.
-Dasz radę zrób to dla naszego syna.Dobrze?
-Dobrze.-zastanawiałam się czemu ja zawsze wygłaszam mowy pierwsza.Może tak już będzie zawsze właśnie muszę już tam ustać i mówić.Z tej kartki którą pisałam wczoraj.Wstając poczułam lęk ale nie pod dałam się i poszłam.Postanowiłam mówić,sama bez tego kawałka papieru.Więc zaczęłam:
Dzień dobry jak nie którzy wiedzą byłam przyjaciółką Dylana.Miałam nie płakać na jego pogrzebie bo powiedział mi,że zawsze ze mną będzie i mnie nie zostawi ale chyba się tak nie da.Chciała,powiedzieć,że to na prawdę niesamowity chłopak jego rodzice mieli ogromne szczęście,że go mieli.Zazdroszczę tym ludziom którzy znają Dyla od dzieciństwa.Ja znałam go zaledwie tydzień a tak bardzo się do niego przywiązała jakbym znała go całe życie...To chyba na tyle.Dylan na górze może ma lepszy świat.Kto wie?Nikt więc musimy się cieszyć,że znaliśmy tego chłopaka.Dziękuję.. 
Po skończeniu mojej przemowy ksiądz dopowiedział słowa: Odszedł w świat nie zapomniany wkroczył w piękne polany.I jak to powiedział przyjaciółka chłopca może ma tam lepszy świat. 
Skończyła się msza teraz wszyscy idziemy pochować trumnę z ciałem Dyla.Nie da się nie płakać.Bo każdy ma już szklane oczy...Ksiądz mówi modlitwę a my razem z nim po tym wydarzeniu chowają Dylana.A ja miał mu tyle do powiedzenia.Wszyscy wrzucają róże na dół podchodząc i mówiąc coś pod nosem a ja...ja nie mam róży ja mam coś cenniejszego.List w którym napisałam wszystko czego nie zdążyłam mu powiedzieć tu na ziemi.Po dwóch godzinach idziemy do domu jeszcze nic nie mówiłam państwu Evans ale wyjeżdżam dziś z Francji mam już spakowaną walizkę lot do Los Angeles za jakieś 30 minut.Więc chyba trzeba w końcu im powiedzieć:
-Mam coś wam do powiedzenia...
-Słuchamy?-powiedział tata Dyla
-Przepraszam,że teraz to mówię ale za 30 minut mam lot do Los Angeles lecę do domu.Nie chcę tu mieszkać po tym co się stało bo ciągle bym przypominała sobie Dyla.
-Kochanie,naprawdę tego chcesz?-zapytała pani.Evans ze smutkiem
-Tak naprawdę...
-To może ja cię zawiozę na lotnisko?
-Nie pojadę autobusem.Nie będę robić kłopotu.
-Jejku jedno dziecko odeszło teraz ty Lucy pamiętaj jak czegoś będziesz potrzebować wiesz,gdzie nas szukać przywiązaliśmy się do ciebie jakbyś była naszą córką
-Dziękuję za troskę na prawdę będę za wami tęsknić ale postanowiłam wrócić do domu.-powiedziałam przytulając obydwojga rodziców.
-To ja już pójdę do zobaczenia...
-Do zobaczenia-usłyszałam po cichu
Wychodząc z domu poczułam smutek miałam jeszcze trzydzieści minut więc szłam sobie powoli myśląc:Tyle wspomnień z Dylanem,a tylko tydzień się znaliśmy jak ja za nim tęsknię,po prostu nie rozumiem tego,że on odszedł i moi rodzice i wszyscy na których mi zależało najbardziej.Teraz kiedy wrócę do domu zacznę może żyć od nowa,a może zamknę się w sobie i nie będę już tą dziewczyną którą byłam przed śmiercią bliskich?Nic nie wiadomo,wiem tylko jedno...Że kocham Dylana i moich rodziców i myślę,że kiedyś z nimi się spotkam...Moja historia nie kończy się jak w bajce czyli:ŻYLI SOBIE DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE KONIEC.Nie moja historia jest beznadziejna.I żyła samotnie i beznadziejnie  K O N I E C...                                                                                                                                                                                                 

3 komentarze:

  1. Jejku , nie wieże że tu już koniec :( I to jeszcze taki.. smutny :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :'( Mi też smutno,że to koniec ale co będzie nn opowiadanie :*

      Usuń
  2. Płaczę :'( Cudowne :3 Ale się smutno skończyło

    OdpowiedzUsuń